Budapeszt

budapeszt | na pchlim targu

Czerwiec 3, 2016

Nie wiem ile razy wspominałam o tym, jak bardzo uwielbiam pchle targi, ale pewnie dużo, prawda? Marek na szczęście podziela to uczucie, więc kiedy jedziemy do nowego miejsca, jest spora szansa, że ominiemy kilka „obowiązkowych” muzeów, a wybierzemy się na jakiś mały pchli targ. Trudno mi określić, czy mamy jakiś ulubiony, to pewnie zmieniało się w zależności od tego jakie skarby akurat znaleźliśmy, ale zdecydowanie bardziej lubię targi  gdzie dużo jest małych wystawców, którzy po prostu sprzedają to, co akurat znaleźli w szafie, a nie takich, którzy masowo sprzedają jakiś produkt. Mamy swoje ulubione flohmarkty w Berlinie, z sentymentem myślę też o loppisach w Sztokholmie, ale to targi w Budapeszcie poznaliśmy najlepiej – mieliśmy w końcu na to całkiem dużo czasu. I tak oto, w końcu kilka słów o nich:

Pchli targ PeCsa ( targ w parku Varosliget )

Nasz ulubiony, najczęściej odwiedzany. W amfiteatrze, w środku parku Varosliget. Odwiedziłam go też z Paulą, podczas pierwszej wizyty w Budapeszcie, gdzie miałyśmy w mieście tylko niecałe dwa dni – to chyba potwierdza moje umiłowanie do takich miejsc. Pamiętam, że wtedy, za pierwszym razem, znalazłam tam niesamowite stare zdjęcia pięknej pary w łódce, najpewniej nad Balatonem. Tak zresztą zostało i później, Marek odwiedzał targ w poszukiwaniu klocków Lego (których jest tam mnóstwo!), a ja w tym czasie przeglądałam dziesiątki pocztówek i starych zdjęć. Na targu jest też co tydzień pani sprzedająca całkiem tanie haftowane obrusy czy pościele (jest ich kilka, ale ta najmłodsza ma najlepsze ceny), jest też kilka stoisk z ciekawymi książkami o sztuce ludowej i typowych węgierskich wzorach. Bywały momenty, kiedy przychodziliśmy na ten targ co tydzień, kojarzyliśmy więc już większość wystawców. Większość z nich sprzedaje cały czas te same rzeczy, choć i tak lubiliśmy tam spędzać poranki, i zwykle mimo wszystko udało nam się znaleźć jakieś nowe drobiazgi.

img1370img331img332img809

Ale targi to nie tylko szperanie w starociach, to też szansa na spróbowanie typowego węgierskiego jedzenia. Na niektórych znajdziemy tłuste serowe langosze, ale na większości króluje przede wszystkim mięso –  parówki (virsli) sprzedawane zawsze w parach, albo kiełbasa (kolbász) na wagę, z obowiązkową musztardą i typowym węgierskim chlebem –  grubym, białym, bardzo puszystym. Dodatki są liczone osobno (choć kosztują grosze) ale nigdy nie widziałam, żeby ktokolwiek zamawiał kiełbasę bez nich. Oczywiście nie mogłoby też zabraknąć papryki, słoje z różnymi rodzajami zajmują prawie całą ladę przy kasie. I choć nie ma tu nic specjalnego, to zdecydowanie bardziej czułam węgierski klimat siedząc przy plastikowym stole z ceratą, niż w jakiejkolwiek eleganckiej restauracji.

img808img1369

Pchli targ Ecseri

Największy w mieście, a dokładniej „pod miastem”, przynajmniej tym, które zobaczymy w przewodnikach. Wizyta na Ecseri to trochę większa wycieczka, żeby tam dotrzeć trzeba spędzić około godziny w różnych tramwajach i autobusach. Wysiada się prawie że pośrodku niczego, na wielkiej drodze obok osiedla jednorodzinnych domów, ale nie trzeba się zbyt martwić, bo jeśli jedziemy tam w weekend, to w autobusie na pewno będzie ktoś jeszcze, kto wie gdzie wysiąść. Z jednej strony w porównaniu z miejscami typu Mauerpark w Berlinie, ten pchli targ nie wydaje się aż tak duży, ale kiedy już wgłębimy się w jego uliczki, i zobaczymy ile przedmiotów kryje się tak naprawdę w każdej budce, możnaby spędzić tam cały dzień. Jest to jednak targ trochę „trudniejszy”, bo jeśli chcemy znaleźć tam większe skarby, dobrze jest orientować się w ich cenach. Podejrzewam, że antyki, porcelana czy meble są tam oferowane (zwłaszcza turystom) w bardzo wysokich i czasem nieadekwatnych cenach. Ja kupowałam tam jedynie drobnostki – pocztówki czy znaczki, czasem też jakieś haftowane ozdoby – i tu też zwykle udało mi się utargować dobrą cenę, podobną do tej z targu w Varosliget, i zdecydowanie lepszą niż we wszystkich sklepach z pamiątkami w centrum (dla przykładu, koszt ręcznie haftowanej poszewki na poduszkę to na pchlim targu ok 30-40zł, tymczasem w sklepie jakies 100-200zł. Te z pchlich targów mają oczywiście czasem jakieś drobne wady, ale nadal uważam że są piękną ozdobą).

img275 img342img280img279img282img277img283img284img344img341img373

Pchli targ w Gozsdu Udvar

To taki targ, na którym raczej nic nas nie zaskoczy. Tych samych kilku wystawców: panowie ze znaczkami i pocztówkami (które jak widać na zdjęciu poniżej lubiłam przeglądać), stoisko ze starymi aparatami, głównie polaroidami – niestety w zawyżonych cenach, biżuteria, obrazy; czasem tylko widywaliśmy kilka dziewczyn z ciekawymi retro ubraniami, i z czasem pojawiło się też stoisko sklepu BomoArt, z pięknymi wyrobami papierniczymi. Jedna wizyta wystarczy, chociaż trafialiśmy tam częściej, bo i tak bywaliśmy w okolicy – popularny Gozsdu Udvar, czyli połączone przejścia między kamienicami to samo serce żywej 7 dzielnicy, i też oblegana aleja z mnóstwem barów i restauracji.

img958

Inne

Oczywiście te trzy miejsca to nie wszystko, choć jeśli chodzi o większe targi, to dwa pierwsze wyczerpują listę. W starociach możemy też poprzebierać weekendami w dzielnicy Újpest, nad Dunajem – choć tam nigdy nie byliśmy, czasem zdarzają się małe targi przy okazji innych wydarzeń – święta dzielnicy czy dni muzeów, do tego w różnych punktach miasta znajdziemy też stacjonarne sklepy ze starociami i antykami. Jeden z nich to Bolhapalota, w piątej dzielnicy, tam jednak nigdy nie znaleźliśmy nic ciekawego, ale za to podobał nam się Tabáni Flea Market, po stronie Budy, w dziesiątej dzielnicy, mały i niepozorny, ale z miłym właścicielem ( i jego wielkim psem).  Więcej informacji o marketach i plich targach znajdziecie też w tym artykule, jest tam też więcej zdjęć z miejsc o których tu wspominam, a w których sama nie wyjmowałam aparatu.

img011

 

Budapeszt

budapeszt | hale targowe

Maj 27, 2016

 

Uwielbiam pchle targi, wszelkie ryneczki i hale targowe. Te odwiedzane w czasie podróży, ale też te lokalne, pod domem. Kiedy razem z moimi współlokatorkami wybierałyśmy nasze pierwsze studenckie mieszkanie w Poznaniu, nie wiedziałyśmy nic o jego dzielnicach. Zupełnie przypadkiem trafiłyśmy na Jeżyce, i dziś już wiem, że lepiej być nie mogło 😉 Rynek Jeżycki, centrum naszej dzielnicy, gdzie zaglądamy zawsze po owoce i warzywa (choć można tam znaleźć dużo więcej!) to powieść na zupełnie osobny wpis – mam nadzieję , że powstanie już niedługo, kiedy tylko zbiorę trochę więcej zdjęć z rynku (zwykle mam za dużo toreb z zakupami, żeby jeszcze próbować robić zdjęcia).  Tymczasem jednak zerknijmy na markety i hale targowe w Budapeszcie.

Główna Hala Targowa (Központi Vásárcsarnok)

img730img115img107img118img952img106img114

Tą halę znają pewnie wszyscy, którzy przejrzeli jakikolwiek przewodnik po Budapeszcie.  Jest ogromna i robi piękne wrażenie, jest też zawsze pełna ludzi – zarówno turystów jak i „zwykłych” mieszkańców. Na głównym poziomie znajdziemy jedzenie – wszelkie możliwe owoce i warzywa, węgierskie specjały – paprykę, kiełbasy, wyroby z mangalicy (lokalnej długowłosej świni), czy strudle – zwane tam rétes – podobno najlepsze w mieście, choć pamiętam, że w książkach Krzysztofa Vargi zachwalane było chyba inne miejsce.  Na piętrze znajduje się restauracja, zawsze pełna turystów, budki serwujące langosze – także z owocami (których, jak to ujęła nasza nauczycielka węgierskiego, lokalni mieszkańcy nigdy by nie zjedli), do tego ogrom sklepów z pamiątkami, w większości dość tandetnymi – ciekawsze (i dużo tańsze) regionalne wyroby, takie jak np haftowane obrusy, można było wypatrzyć chociażby na pchlich targach.

Jedyne na co mogłabym tu narzekać, to godziny otwarcia. Hala targowa znajduje się nad rzeką, w centrum miasta, zwykle spacerowaliśmy tam wieczorami, gdy była już zamknięta (po 18). W soboty też można do niej zajrzeć tylko do 15, co też często nam się nie udawało, bo zwykle poranki spędzaliśmy po drugiej stronie miasta na pchlim targu. Często jednak, jeśli była już zamknięta szliśmy do azjatyckiego sklepu tuż obok (pierwszy sklep po lewej stronie od hali). Jeden z większych w mieście, ma chyba wszystko czego w kuchni można potrzebować i wbrew nazwie nie tylko z azjatyckiego repertuaru – jeśli poszukujecie chociażby ozdób/barwników/lukru do tortów to na pewno też je tam znajdziecie. Najbardziej imponująca jest tam chyba wielka ściana z przyprawami albo półki z przeróżnymi sosami. Sklep jest dość drogi, ale naprawdę dobrze wyposażony.

Targ na Placu Hunyadiego (Hunyadi Tér Market)

img033img026img025img032img028

To taki odpowiednik mojego Rynku Jeżyckiego. Najmniejsza hala targowa w Budapeszcie, skryta na placu pomiędzy starymi kamienicami. Do tego mały ryneczek przed halą, ze świeżymi produktami sprzedawanymi głównie przez urocze starsze panie. Zaglądaliśmy tam czasem w drodze do domu, czasem zdarzało mi się też wysiąść wcześniej z metra, żeby zajść tam po bukiet kwiatów. Pamiętam też jakim wyzwaniem były czasem zakupy tam, starsze panie zwykle starały się nas miło zagadnąć, czasami udało się nam wszystko zrozumieć, ale niekiedy po prostu nadrabialiśmy braki węgierskiego uśmiechem.

Tuż obok hali znajdziemy też też sklep Culinaris, ze specjałami z całego świata – dość drogi, ale przydatny jeśli szukamy czegoś specjalnego.

Niedzielny market w Szimpli

img003img005img004

W weekendowe poranki głośny imprezowy pub Szimpla zamienia się w rozgadane kolorowe targowisko. Co drugi weekend królują tam rowery albo produkty od lokalnych rolników. W pobliżu można też znaleźć coweekendowy targ z antykami i oczywiście mnóstwo restauracji i barów, Szimpla to w końcu sam środek popularnej siódmej dzielnicy.

Takich marketów jest oczywiście w Budapeszcie dużo więcej, te trzy które tu opisałam to te, które odwiedzaliśmy najczęściej, i te w których zrobiłam jakiekolwiek zdjęcia. Jeśli wybieracie się do węgierskiej stolicy i chcielibyście wiedzieć, gdzie jeszcze warto zajrzeć, zerknijcie na artykuł o innych targowiskach.

Polska

pszczółki

Maj 20, 2016

Tym razem czas na trochę jesiennych wspomnień. To był chyba październik, ostatnie tak pięknie ciepłe dni. Wybrałam się do Gdańska na zdjęcia, ale ponieważ miałam też akurat dużo wolnego czasu, postanowiłam (w końcu!) odwiedzić Łukasza w jego domu w Pszczółkach (jeśli pamiętacie mój poprzedni blog, powinniście znać Łukasza z naszej wyprawy do Maroka).  20 minut w pociągu i już siedziałam w jego zielonym ogrodzie. Świeżo wyciskany sok, mnóstwo jabłek, warzywa, zioła, i nawet arbuzy prosto z ogródka! Dla kogoś kto tak jak ja spędza większość czasu w środku miasta, to była naprawdę miła odmiana. Po południu zabraliśmy rowery i pojechaliśmy na małą wycieczkę po okolicznych wioskach, a wieczorem zajrzeliśmy też po lokalny miód, bo przecież bez niego nie można odwiedzić miejsca o nazwie Pszczółki 😉 Sama pewnie prędko nie zamieszkam na wsi, ale od tamtego czasu naprawdę marzy mi się własna działka, na której też mogłabym mieć choć trochę zieleni!

świeży sok jabłoń pszczółkiogród drzewo owocegruszka w butelce drzewo sadmini szklarnia ogródzielone pomidory szklarniapies w ogrodzieogród warzywagmina pszczółki rowerjabłka sad jabłoniejabłka sad pszczółki pomorskiejabłka sad zbiory jesieńjabłko sad jesieńpszczółki okolicepszcżółki okolice kapliczkapszczółki okolice wieśgmina pszczółki pomorskiejabłoń sad jabłka jesieńgmina pszczółki jabłkajabłoń jabłka jesieńzioła ogródorzech ogródarbuzy ogródmiód pszczółkilawenda ogród pomorzeorzechy ogród jesień

Polska

poznań | palmiarnia

Maj 13, 2016

palmiarnia poznań portretpalmiarnia poznań roślinapalmiarnia portret liścieliść pod światłopalmiarnia papugaliść portretpalmiarnia poznań spacerzwiedzanie palmiarni palmiarnia motyl ogromny liść palmiarniapalmiarnia poznań zwiedzanie liścieryby palmiarniapalmiarnia owocepalmiarnia poznań gekonpalmiarnia kaktusypalmiarnia akwarium rybyryby akwarium palmiarniapalmiarnia ryba akwarium palmiarnia rośliny rybyakwarium poznań palmiarnia

Poznańską Palmiarnię mijam bardzo często, czasem z zachwytem zerkam przez szybę na ogromne kaktusy, ale w jakiś przedziwny sposób do środka weszłam dopiero dwa razy. Może dlatego, że zwykle przechodzę obok niej w weekendy, a wtedy zawsze wydaje mi się, że w środku są już tłumy. Tym razem jednak „zaciągnęła mnie” tam Linda, która odwiedziła Poznań w przedmajówkowy piątkowy poranek. Już z zewnątrz widać, że palmiarnia jest ogromna, łącznie jest tam dziewięć pawilonów, każdy z innym typem roślinności. W tygodniu, gdy Palmiarnia jest dość pusta, spacery w tej specyficznej, zielono-wilgotnej atmosferze są całkiem przyjemne. Do tego mijane co chwile zwierzęta – papugi, żółwie czy gekony i oczywiście akwarium. Mały ciemny korytarz na pierwszy rzut oka nie wygląda imponująco, ale to wrażenie szybko się zmienia, gdy tylko dojdziemy do ostatniego akwarium z największymi rybami. Linda była zachwycona, ja – po raz kolejny – też, i na pewno nie była to moja ostatnia tam wizyta. To jedno z miejsc w Poznaniu, które zdecydowanie polecam, i choć wydaje się, że potrzeba mnóstwo czasu, żeby zobaczyć wszystkie pawilony, bilety są na tyle tanie, że warto wejść nawet jeśli mamy tylko chwilę.

 

Palmiarnia Poznańska w Parku Wilsona
godziny otwarcia (od 1 maja):
od wtorku do soboty – 9:00 – 17:00 (kasa do godz. 16:00)
w niedziele i święta – 9:00 – 18:00 (kasa do godz. 17:00)
bilet normalny  7zł

Polska

kwaśne jabłko

Kwiecień 23, 2016

kwaśne jabłko dom kuchnia img1003kwaśne jabłko marcinDSC_0088Untitled-1bbDSC_0091 (2)kwaśne jabłko cydrkwaśne jabłko dom warmiakwaśne jabłko kuchnia chlebkwaśne jabłko kuchnia serykwaśne jabłko zima dom kwaśne jabłko zima pieskwaśne jabłko kuchniawłodowo domy ścieżkakwaśne jabłko włodowo domykwaśne jabłko włodowo warmiasnap camp kwaśne jabłko warsztatykwaśne jabłko piesdom włodowosnap camp kwaśne jabłko

Dziś mała opowieść nie o dalekich krajach, ale o niezwykłym miejscu skrytym na naszej pięknej Warmii. Jak może już wiecie, pod koniec marca miałam okazję uczestniczyć w warsztatach fotograficznych Snap Camp organizowanych przez duet The Snap Shots. Był to nie tylko weekend pełen inspiracji, ale też dwa dni odpoczynku w cudownym gospodarstwie Kwaśne Jabłko. Ukryte we wsi Włodowo pod Olsztynem, wśród pagórków i lasów. Cisza, spokój i piękny, przytulny dom. Do tego pyszne cydry i wspaniała kuchnia, a to wszystko w ciepłej domowej atmosferze, którą tworzą Ewa i Marcin. Gdyby nie oni, ten weekend nie byłby aż tak udany, już nie mogę się doczekać, kiedy znów zajrzę do Kwaśnego Jabłka!  (p.s. Marcin i Ewa mają też najbardziej przyjaznego psa, jakiego kiedykolwiek spotkałam, za nim też bardzo tęsknię :)).

 

Rumunia

3 dni w rumunii | brașov

Kwiecień 5, 2016

Ostatni z naszych trzech dni w Rumunii spędziliśmy w Brașovie. Urokliwe stare centrum, skryte pomiędzy górami. Piękne kościoły, piękne stare domy, pyszne jedzenie, i znów mnóstwo zieleni gdzieś dookoła. Był może najbardziej zatłoczony, może też dlatego, że była to niedziela, ale i tak czuliśmy się w nim bardzo dobrze. Kiedy już wyszliśmy poza ścisłe centrum, odkryliśmy też ciekawe osiedla mieszkalne, spokojne ciche uliczki pełne ciekawskich kotów i pięknych drzew.

img1102img1104Untitledbrr-1img1110img1084img1085img1100img1172Ostatni widok, z trochę zaskakującym w tym mieście napisem, uwiecznił Marek. Jest na nim to wszystko z czym kojarzy mi się teraz Brașov – małe kolorowe domki na starym mieście, krążący pomiędzy nimi ludzie, i góry królujące nad miastem, otoczone czarnymi chmurami. Z drugiej strony tam też najbardziej zauważyliśmy kontrast pomiędzy tym, do czego przyjeżdżają turyści, a codziennym miastem wokół. Wielkie szare ulice pełne wysokich bloków, przytłaczających budynków, pustych ciemnych okien. Wszystko to tuż za ścianami kolorowego centrum.

img1086img1087img1327

Podsumowując

Mam wrażenie, że brakuje tu mnóstwa zdjęć. Pamiętam wiele obrazów z naszych spacerów po tych trzech miastach, a jednak brakuje ich na kliszach.  Brakuje zdjęć małych sklepów jakby wyrwanych sprzed wielu lat, miłych księgarni, do których wchodziliśmy w każdym z miasteczek, i nugatu, który podjadaliśmy tam bez końca. Nie wiem czy to co pokazałam wystarcza, żeby przekonać, że Rumunia była jednym z najbardziej fascynujących miejsc, jakie odwiedziliśmy, musicie mi po prostu uwierzyć. Wrócimy na pewno. Do jeszcze mniejszych miasteczek, na wieś, jeszcze bliżej natury, do tej niesamowitej zieleni, za którą teraz tak tęsknię.

 

 

Rumunia

3 dni w rumunii | sibiu

Kwiecień 4, 2016

Drugie odwiedzone przez nas miejsce to Sibiu. Było deszczowo i trochę ponuro, ale gdy tylko zobaczyliśmy stare miasto, zakochaliśmy się w jego kolorowych domach. Było przeurocze, i choć pełne turystów, łatwo można było znaleźć też ciche uliczki. Do tego wybraliśmy hostel znajdujący się w jednym z najpiękniejszych starych domów, jakie tam znaleźliśmy, co tylko potęgowało nasze wrażenie, że jesteśmy w miejscu wyjętym prosto z bajki. Wieczorem, kiedy już obeszliśmy wszystkie uliczki starego miasta kilkukrotnie, postanowiliśmy sprawdzić też jak wygląda nocne życie Sibiu. Trafiliśmy do szkockiego pubu St Andrews, małego, pełnego rozgadanych ludzi, z luźną atmosferą i świetnym wyborem piw, gdzie po raz kolejny poczuliśmy, że Rumunia jest naprawdę przyjaznym miejscem. Sibiu, choć niewielkie, zachęcało też by zostać dłużej, ale niestety następnego ranka biegliśmy już na kolejny autobus, tym razem do Brasova.

img1334img1318img1335img1317img1319img1337

Rumunia

3 dni w rumunii | cluj-napoca

Kwiecień 4, 2016

Ostatnio nie jesteśmy najlepsi w planowaniu wycieczek, wszystko odkładamy na ostatnią chwilę, i tak też było rok temu z naszą wizytą w Rumunii, mimo że tak naprawdę chcieliśmy ją odwiedzić już od początku naszego pobytu na Węgrzech. Na szczęście tuż przed majowym weekendem, udało nam się znaleźć jeszcze  promocyjne bilety na za wschodnią granicę, i tak oto w końcu pojechaliśmy do dawno wymarzonej Rumunii. Pierwszym miastem na naszej drodze był Cluj-Napoca, stolica Transylwanii. Polecany nam przez znajomych, jako żywe miasto pełne studentów, okazał się całkiem miłym wprowadzeniem do kraju. (Choć może tak naprawdę jeszcze lepszym wprowadzeniem były maleńkie wioski i ogromne, niezwykle zielone przestrzenie, które mijaliśmy po drodze do Cluju – do tej pory pierwszym moim skojarzeniem z Rumunią jest wielka przepiękna zieleń).

img1322img1324Trochę odzwyczailiśmy się od długich godzin w autobusach, więc po całej nocy przyjechaliśmy do Cluju byliśmy bardzo zmęczeni. Była dopiero 6 rano, poznaliśmy więc najpierw senne, puste miasto. Na nasz nocleg wybraliśmy hostel w dużym starym domu z ogrodem; kiedy już trochę bardziej się obudziliśmy, jego właściciele polecili nam spacer do pobliskiego skansenu (Romulus Vuia Park) – otwartej części Muzeum Etnograficznego.

img1308img1305Untitled-1

W skansenie można obejrzeć 13 tradycyjnych farm z różnych regionów, różne warsztaty i trzy kościoły. Wszystko to oczywiście w pięknej zielonej scenerii. Przypadkiem też trafiliśmy na występy lokalnych zespołów ludowych, co było też świetną okazją do podejrzenia ich strojów – jako, że był to czas gdy akurat zaczęłam interesować się sztuką ludową, a w szczególności haftem, byłam zachwycona. Po południu wybraliśmy się do głównej części miasta, gdzie czekały na nas stare kamienice, kościoły, duży park i kilka bardzo nowoczesnych budynków, takich jak miejski stadion. Gdzieś pomiędzy spacerami złapał nas deszcz, ale na szczęście w Cluju nie zabrakło też miłych kawiarni, gdzie mogliśmy się schronić.

img1321img1323img1311

Na koniec jeszcze kilka zdjęć wykonanych przez Marka, gdzieś pomiędzy – pomiędzy centrum, dworcem, skansenem. Takie nieidealne scenerie, bo taka też była Rumunia w każdym z odwiedzonych przez nas miast, pełna kontrastów między starym centrum a okolicznymi dzielnicami.

img1157 img1159img1158

 

Finlandia

helsinki | szukając tove

Marzec 18, 2016

Kiedy mieszkałam w Szwecji, z niezrozumiałych mi dziś powodów, nie bardzo chciałam odwiedzić Helsinki. Na szczęście dwa lata później wymyśliłam małą wyprawę dookoła morza, co spowodowało, że w końcu chcąc nie chcąc dotarłam do fińskiej stolicy. Nie mogłam trafić lepiej, jako że był to akurat czas setnej rocznicy urodzin Tove Jansson, w całym kraju z tej okazji organizowane były różne wystawy i wydarzenia, a największe z nich właśnie w Helsinkach – wielka wystawa prac Tove w galerii Ateneum.

Część 1 . Tove na Wyspach Alandzkich

Do Helsinek dotarłam ze Sztokholmu wybierając długą lecz piękną drogę przez wyspy Alandzkie. Tym razem przeprawiałam się sama, autobusami i promami od zachodniego krańca archipelagu aż po fińskie wybrzeże. Szukając najłatwiej dostępnego campingu trafiłam na położoną na południu archipelagu wyspę Kökar, która jak się okazało była idealnym wstępem do wyprawy śladami Tove. Tuż obok niej, na jeszcze mniejszej wysepce Källskär, znajduje się bowiem chatka, do której swego czasu zaglądała Tove. Jest tam też obraz jej autorstwa, a właściwie jego kopia – oryginał na co dzień znajduje się w muzeum sztuki Ålandow w Mariehamn. *Gdy ja odwiedzałam Finlandię, był oczywiście w Helsinkach w galerii Ateneum.wyspy alandzkie żaglówka3yy4

Część 2. Tove w Helsinkach

Wystawa w Ateneum była ogromna, zawierała wszystkie obrazy, szkice i rysunki o których wcześniej słyszałam, ale też dużo więcej. Niesamowite ilustrowane listy Tove do jej przyjaciół, drewniane makiety Muminkowych domków,  a także rysunki mamy Tove. Najbardziej urzekły mnie chyba właśnie ilustracje Ham, niesamowicie detaliczne mapy wysp, pełne niesamowitych morskich stworów. Niestety nie będzie tu zdjęć z samej wystawy, fotografowanie jej było zabronione, czego bardzo żałowałam, ale co zapewniało też trochę spokoju – w galerii było naprawdę dużo ludzi, już przed jej otwarciem na schodach czekała długa kolejka. Tak więc jedyne zdjęcie jakie mogę pokazać to to, które zrobiłam w glównym Hallu.

17Do Helsinek dotarłam jednak w poniedziałek, co oznaczało że na wizytę w Ateneum musiałam poczekać do następnego dnia. Nie wiedziałam nic o mieście, znałam je tylko z kilku napotykanych wcześniej zdjęć, byłam zupełnie nieprzygotowana, ale nie planowałam też poszukiwania zabytków. W kieszeni miałam „mapę Tove”, przygotowaną z okazji setnej rocznicy urodzin, z najważniejszymi punktami w których toczyło się jej życie.

Toven_paikat_kartta

*autorami mapy wraz z legendą są Heidi Ettanen oraz Jonas Forth, oto pełen opis, który możecie znaleźć też na stronie Moomin.com

1. Tove Jansson’s childhood home, where the family lived during the years 1914-1933 (Luotsikatu 4)
2. Tove used to play by the Uspenski Cathedral and the park next to it will soon be named Tove Jansson park. (Kanavakatu 1)
3. Tove used to go skating on the ice and later on this was also the place from where the ferry to Pellinge departed (Halkolaituri dock at Pohjoisranta)
4. Market Square, Helsinki
5. The water fountain Lek II / Vattennymfer by Viktor Jansson can be found at the Esplanadi Park. Tove Jansson stood as model for the larger mermaid.
6. The water fountain Hejsan / Snålskjuts by Viktor Jansson (The western part of Esplanadi Park next to Svenska Teatern)
7. Tove Jansson’s studio where she lived from 1944 until she passed away in 2001. Tuulikki Pietilä alos had a studio in the same building. (Ullanlinnankatu 1)
8. Tove’s elementary school (now The Design Museum at Korkeavuorenkatu 23)
9. The Observatory – a place to see comets (Kopernikuksentie 1)
10. Tove studied at the art school that is now known as Ateneum from 1933 to 1937 (Kaivokatu 2)
11. The statue Sjöjungfru by Viktor Jansson. Tove Jansson is said to be the model for the statue. (The inner yard at South Esplanadi 22)
12. Tove Jansson was laid to rest at Hietaniemi cemetery. You can find her grave next to the old chapel (Mechelinkatu 2)
13. Lallukka Artists’ Home, where the Jansson family lived from the early 1930s. Tove moved to her own studio in 1944 (Apollonkatu 13)
14. The Convolvulus statue by Viktor Jansson (In Kaisaniemi Park behind the National Theatre)
15. The Arvid Mörne memorial by Viktor Jansson (The corner of Itäinen puistotie and Ehrenströmintie close to Kaivopuisto)

 

Centrum Helsinek jest idealne do pieszych wędrówek, ale miałam na nie tylko dzień, więc nie udało mi się odwiedzić wszystkich punktów z mapy. Przede wszystkim chciałam odwiedzić cmentarz i domy Tove, starałam się odnaleźć też rzeźby jej ojca, choć nie w każdym miejscu mi się to udało. Momentami czułam się jakbym uczestniczyła w miejskiej grze, w niejednym miejscu zdarzyło mi się przystanąć i rozglądać za wskazówkami.  Poza pracownią Tove miejsca te nie są zbyt dokładnie oznaczone, bardzo łatwo można je więc przeoczyć. Oto jednak kilka tych, do których udało mi się trafić:

Fontanna Lek II / Vattennymfer (Zabawa II, Nimfy wodne) autorstwa Viktora Janssona, ojca Tove.  Znajduje się w parku Esplanadi.  Tove była modelką dla większej syreny.

10

Rzeźba Sjöjungfru autorstwa Viktora Janssona. Tove Jansson najprawdopodobniej także i tu była modelką. (Wewnętrzny dziedziniec budynku przy South Esplanadi 22)

28 (3)

Dom rodzinny Tove, w którym mieszkała w latach 1914 – 1933.  (Luotsikatu 4)

16

Okolice szkoła podstawowej, do której chodziła Tove (dziś Muzeum Designu przy Korkeavuorenkatu 23)

32

Dom Artystów Lallukka, gdzie rodzina Jansson mieszkała od wczesnych lat 30tych. (Apollonkatu 13)

12

Studio Tove, w którym mieszkała od 1944 roku do swojej śmierci w 2001 roku. Jej partnerka, Tuulikki Pietilä miała studio w tym samym budynku. (Ullanlinnankatu 1)

Bardzo, bardzo żałuję, że nie miałam możliwości zajrzeć do środka studia.  Można jednak znaleźć relację z wizyty tam i choć trochę poczuć się jakby było się w środku. Jak widać wszystko jest tam zachowane tak, jak było to za życia Tove i Tuulikki. Ach, widok na Helsinki musi być stamtąd niesamowity!

3433

Grób Tove (i jej rodziny) na cmentarzu Hietaniemi. (Mechelinkatu 2)

0708 09

To był naprawdę piękny dzień, wydaje mi się, że nie polubiłabym Helsinek aż tak bardzo, gdyby nie ta atmosfera podążania za Tove. Na swojej drodze napotkałam też kilkoro bardzo miłych osób, było też mnóstwo dobrej achitektury i designu, czyli tak jak możnaby się po Finlandii spodziewać. Zdecydowanie polecam taki spacer każdemu kto uwielbia Tove, w połączeniu z wcześniejszą lekturą jej biografii mogłam choć odrobinę poznać miasto z jej perspektywy. Do tego niesamowita wystawa – lepszej wizyty w Helsinkach nie mogłam sobie wymarzyć. Tymczasem w styczniu tego roku w Muzeum Sztuki (Helsinki Art Museum) otworzono pierwszą w Finlandii stałą wystawę prac Tove, teraz więc każdy moment jest dobry, by odwiedzić tę północną stolicę.

P.S. Ten wpis przygotowałam dla Natalii ze Szwecjobloga, jeśli interesuje Was Szwecja i wszystko co z nią związane, zajrzyjcie do niej koniecznie 🙂

Budapeszt

budapest 100 | dom handlowy otthon

Marzec 2, 2016

Drugiego dnia festiwalu Budapest100 znów odwiedziliśmy mnóstwo kamienic, tym razem głównie w dzielnicach których do tej pory nie bywaliśmy zbyt często – ósmej  i kilku po stronie Budy. (dlatego też tak bardzo podobał mi się festiwal – dzięki niemu mieliśmy okazję odwiedzić nieznane dotąd fragmenty miasta). Dzień zaczęliśmy jednak od znanego nam dobrze punktu miasta, jakieś 5 minut spacerem od dworca Keleti. Rákóczi út to wielka pełna samochodów aleja, z ogromnymi ale często też opuszczonymi lub bardzo zaniedbanymi budynkami. Tak też wygląda dziś ten pod numerem 74, jednak dawniej był to popularny dom towarowy, „Otthon Áruház”, mieszczący się na kilku piętrach pod obecnym budynkiem mieszkalnym. Już kiedy wejdzie się na podwórze, widać ślady tych czasów, bo zamiast zielonego ogrodu na środku dziedzińca widzimy szklaną kopułę. Z okazji Budapest100 mieliśmy szansę zajrzeć też „pod nią” – do zupełnie pustych już dziś hal domu handlowego.

otthonimg1225otthon2img1219img1220img1221img1223img1224Sam budynek mieszkalny zbudowany został w latach 1914-1915. W latach 20tych pojawił się tam dom handlowy – Magyar Divatcsarnok czyli Węgierski Dom Mody. W 1928 roku został przebudowany i ulokowany na trzech piętrach.  Dom handlowy Otthon przejął je w 1961 roku.  Co ciekawe, w budynku znajdował się też kiedyś też sklep z butami dla kobiet o małych stopach! Jego szyld możecie zobaczyć na pierwszym zdjęciu. Więcej zdjęć z wizyty w Otthon Aruhaz znajdziecie na tym blogu.  Stare zdjęcia budynku możecie zobaczyć na stronie festiwalu, a jeśli chcielibyście zobaczyć jak wyglądały zakupy w Budapeszcie lat 80tych, zajrzyjcie na stronę Budapest Retro.