Polska

zachełmie | karkonosze

Listopad 3, 2016
zachelmie7

zachelmie15zachelmie9Untitled-1zachelmie18zachelmie19bzachelmie19zachelmie17zachelmie16zachelmie8zachelmie3zachelmie5zachelmie6zachelmie1

Jesień w Karkonoszach. Zachełmie, październik 2016.
uchwycone podczas warsztatów fotograficznych z Anitą Suchocką i Antoniną Dolani.

Polska

wrzesień

Wrzesień 24, 2016
DSCF7552

IMG_0418DSCF7571DSCF7032DSCF7521DSCF7790DSC_1962

 

Nic nie zapowiadało takiego września.
Nasz nowy, tymczasowy dom znaleźliśmy w Gdańsku. Walczymy z brakiem czasu, cieszymy się słońcem.
Poznajemy miasto na nowo, łapiemy chwile na  starych kliszach. Tęsknimy za Poznaniem.

Kopenhaga

lato na północy | kopenhaga

Sierpień 3, 2016
copenhagen_traveldiary_analog

copenhagen_traveldiary_analog_01copenhagen_traveldiary_analog_03copenhagen_traveldiary_analog_04copenhagen_traveldiary_analogcopenhagen_traveldiary_analog_06copenhagen_traveldiary_analog_08 analog_copenhagencopenhagen_traveldiary_analog_07

Za oknem chłodny wiatr, deszczowe chmury. Zbliżający się koniec lata. Smutna aura za oknem skłoniła mnie do powrotu do starych zdjęć. I przypomniała, o wieczorach w Kopenhadze, spacerach nad wodą, ciepłym słońcu nad kolorowymi kamienicami. O północnym lecie, pełnym rześkiego powietrza.

Polska

opole | laba na wyspie

Lipiec 19, 2016
DCI_3060-2

Właśnie złapałam się na tym, że to chyba pierwszy raz, kiedy wspominam o swoim rodzinnym Opolu na blogu (i to nie tylko tym, ale i poprzednim, który prowadziłam przecież dużo dłużej). Cóż, może dlatego, że przez 18 lat było moją codziennością – taką, którą mija się bez większego zastanowienia, i jeśli pojawiało się na zdjęciach to tylko jako tło dla niezliczonych portretów. Teraz wracam do niego co kilka miesięcy, żeby zajrzeć na chwilę do domu, przepakować rzeczy i sprawdzić co słychać u kilku znajomych. Dzisiejszy wpis to kilka migawek z jednego z moich ulubionych miejsc, które odwiedzam chyba za każdym razem, kiedy jestem w domu. Laba, w sercu zielonej wyspy Bolko, przyciąga pysznym jedzeniem, dobrym piwem, plenerowym kinem. Jeśli kiedyś zagubicie się gdzieś w okolicach Opola, zajrzyjcie tam koniecznie 😉

DCI_3071-2DCI_3163DCI_3136Untitled-2bDCI_3146DCI_3157DCI_3154DCI_3142DCI_3159

Polska

festiwalowe lato | open’er

Czerwiec 24, 2016
opener festival main stage

Początek lipca od 10 lat spędzamy w Gdyni (wow, ale ten czas leci!). Open’er był pierwszym festiwalem na jaki pojechałam, spełnił kilka moich nastoletnich muzycznych marzeń, zachwycił atmosferą, no i tak jakoś już zostało.  Teraz to takie rozpoczęcie wakacji, wiadomo – czasem bywają gorsze edycje, ale jednak lato bez Openera byłoby jakieś „niepełne”. Bywało okropnie gorąco, bywało zimno i burzowo. Pamiętam bezowocne poszukiwania kaloszy w Trójmieście, albo zastanawianie się czy po koncertach znajdziemy namiot w tym samym miejscu, czy może w jeziorze kawałek obok. Dużo znajomych, poranne spacery na plażę, leniwe przedpołudnia gdzieś w na trawie, wycieczki do Gdyni, wspólne narzekanie na słońce albo jego brak. I bieganie na kolejne koncerty. Jak zwykle, nie jestem najlepsza w układaniu słów, więc mam nadzieję, że zdjęcia trochę lepiej przemycają openerową atmosferę. Enjoy!

img1478opener festival selfieopener festiwal zachód słońca gdyniaopener festival kosakowo na trawieopener festival opaski festiwaloweopener festival śpiącoopener festiwal ludzie zachód słońcaopener festiwal journalist ola kęprowskaopener gdynia piwo zachódopener gazeta festiwalowaopener festiwal scena głównaopener czekanie na koncertopener festival gdynia mgłaopener gdynia deszczopener gdynia przystanek autobusimg462b Joanna Frota Kurkowska Skullcatcherimg405img431opener festival plan koncertówopener festival gdynia interpolopener festival pole namiotoweopener trampkiheineken opener festival nocopener gdynia pole namiotoweopener gdynia scena główna teren opener gdynia deszcz błotoopener gdynia koncert nocopener koncert bon iveropener koncert bat for lashesopener powrót noc cienie

Polska

lublin | festiwal kontynenty

Czerwiec 10, 2016
img2053

 

W naszych kalendarzach zdecydowanie przeważają festiwale muzyczne, ale od pewnego czasu zdarza nam się zaglądać na te poświęcone podróżom (i to właściwie wstyd, że dopiero od tak niedawna!). W tytule festiwal Kontynenty, a na zdjęciu zakradł się też Wachlarz. To dlatego, że te dwa tygodnie wcześniej, we Wrocławiu, nie zrobiłam na festiwalu ani jednego zdjęcia, a jednak chciałam o nim wspomnieć, bo już po raz kolejny był jednym z ciekawszych wydarzeń na które zajrzałam. A więc zacznijmy od kilku słów o pierwszym z podróżniczych spotkań:

Wachlarz

Na Wachlarz trafiłam zupełnie przypadkiem rok temu, kiedy to odbywał się w Poznaniu, tuż pod moim nosem. Łączył wtedy naprawdę sporą mieszankę tematów, od opowieści o mroźnych białych krainach, do „lekcji języka polskiego”. Czułam mały chaos, ale i tak było naprawdę inspirująco. Pamiętam, że wieczorem wyszłam z kina Apollo, gdzie odbywał się Wachlarz, z ogromną dawką energii i nowych pomysłów. W tym roku festiwal przeniósł się do Wrocławia, a jako temat przewodni wybrał Nieznane Światy, i choć znów tematy spotkań były przeróżne, to jednak wszystkie idealnie pasowały do głównego hasła. I znów jak rok temu byłam zachwycona, wróciłam z garścią inspiracji i kolejną listą książek do przeczytania. Nie będę opisywać szczegółów, możecie sprawdzić je sami, bo Wachlarz to też świetna organizacja: piękna strona wizualna – tu zerknijcie na filmy od LiveALife, do tego pełni energii prowadzący, i (co jest naprawdę super) wachlarzowy kanał youtube, gdzie można zobaczyć wszystkie wystąpienia (dzięki czemu mój żal, że nie znałam festiwalu wcześniej, jest trochę mniejszy 😉 ).

Dwa tygodnie później, z nadzieją na tak samo dużą garść inspiracji, wyruszyliśmy w stronę Lublina, trasą której jeszcze nigdy nie przemierzaliśmy, właściwie szczęśliwi też, że w końcu zorganizowaliśmy jakąś nieco „dalszą” weekendową wycieczkę.

Lublin

Po dwóch dniach spędzonych w jakimś miejscu trudno o głębsze analizy i rozbudowane opisy, mogę więc tylko opowiedzieć o naszych prostych, pierwszych wrażeniach. Lublin, daleki, nieznany, okazał się dla nas bardzo przyjemnym miastem. Nie za dużym, miejscami eleganckim, z całymi uliczkami kamieniczek, wśród których tak lubimy chodzić, miejscami bardzo zielonym, a czasem też bardzo nowoczesnym. Były też dobre lody, z kolejkami tak długimi jak te w Poznaniu 😉 . Tak naprawdę Lublin okazał się dużo ciekawszy niż się spodziewałam, bo choć z jednej strony przemierzaliśmy kilkukrotnie te same okolice, i tak mieliśmy wrażenie, że jest mnóstwo miejsc w które warto zajrzeć, i że miasto wbrew pozorom ma całkiem żywą, młodą duszę.

img2035img2084img2086img2077 img2080img2087img2076lublin

Festiwal Kontynenty

Bardzo jednak możliwe, że Lublin spodobał się nam tak bardzo dzięki temu, po co tam pojechaliśmy. Przede wszystkim – Festiwal Kontynenty, który ściągnął nas w tę część Polski, odbywał się w Centrum Spotkania Kultur – ogromnym budynku z niesamowitą minimalistyczną architekturą, miejscu do którego zaglądałabym co chwilę, gdybym miała je tu u siebie, w Poznaniu. Przyjechaliśmy przyciągnięci listą gości, i o ile prezentacje były bardzo ciekawe, całe wydarzenie wydawało się raczej małe i kameralne. Miłym akcentem była dostępna wystawa niesamowitych zdjęć Sebastião Salgado, ciekawie brzmiała też lista warsztatów, bardzo żałowaliśmy tylko, że część programu nakładała się na siebie, przez co nie wszystko udało się zobaczyć.

img2092festiwal kontynenty lublin jagielskicentrum spotkania kultur lublin budynekDCI_2641img2090lublin wystawa salgado

Pierwszy dzień (dla nas – bo na ten pierwszy właściwy nie udało nam się dotrzeć) to Anna Jaklewicz z historiami z Chińskiej wsi, Ilona Wiśniewska o północy Norwegii i Piotr Strzeżysz z zachwycającą opowieścią o swoich wyprawach, tak naprawdę idealnie wpasowaliby się też  w temat tegorocznego Wachlarza o nieznanych światach – zajrzyjcie do nich koniecznie! I drugi dzień z wielkimi nazwiskami: Wojciech Jagielski, Hugh Thomson i Paul Theroux. Muszę przyznać, że takich gości w Polsce zupełnie się teraz nie spodziewałam i prawie przegapiłabym cały festiwal.

Nie darowałabym sobie, bo Paul Theroux i jego opowieść o życiu podróżnika, to takie moje spełnienie literackich marzeń. Wszyscy, którzy odwiedzili mnie kiedyś na herbatę i zajrzeli w zbiory książek, widzieli tam jego nazwisko wielokrotnie. Trudno mi opisać, jak wiele te książki dały mi inspiracji i chęci do odkrywania świata, i tym trudniej wyrazić, jak bardzo nie mogłam doczekać się Kontynentów.  Bo to naprawdę niesamowite móc słuchać kogoś, kto tyle przeżył i potrafi tak świetnie zamknąć to w swoich książkach, a do tego ma tak mądre podejście do podróżowania. I każdemu życzę, żeby miał szansę spotkać kogoś, kogo tak bardzo podziwia.

Tyle inspiracji, tyle wrażeń. Festiwal Kontynenty, dziękuję!

paul theroux lublin kontynentyimg2051bpaul theroux podpis spotkanie festiwalpaul theroux podpis książka img2024podwórko lublin noc

Budapeszt

budapeszt | na pchlim targu

Czerwiec 3, 2016
img343

Nie wiem ile razy wspominałam o tym, jak bardzo uwielbiam pchle targi, ale pewnie dużo, prawda? Marek na szczęście podziela to uczucie, więc kiedy jedziemy do nowego miejsca, jest spora szansa, że ominiemy kilka „obowiązkowych” muzeów, a wybierzemy się na jakiś mały pchli targ. Trudno mi określić, czy mamy jakiś ulubiony, to pewnie zmieniało się w zależności od tego jakie skarby akurat znaleźliśmy, ale zdecydowanie bardziej lubię targi  gdzie dużo jest małych wystawców, którzy po prostu sprzedają to, co akurat znaleźli w szafie, a nie takich, którzy masowo sprzedają jakiś produkt. Mamy swoje ulubione flohmarkty w Berlinie, z sentymentem myślę też o loppisach w Sztokholmie, ale to targi w Budapeszcie poznaliśmy najlepiej – mieliśmy w końcu na to całkiem dużo czasu. I tak oto, w końcu kilka słów o nich:

Pchli targ PeCsa ( targ w parku Varosliget )

Nasz ulubiony, najczęściej odwiedzany. W amfiteatrze, w środku parku Varosliget. Odwiedziłam go też z Paulą, podczas pierwszej wizyty w Budapeszcie, gdzie miałyśmy w mieście tylko niecałe dwa dni – to chyba potwierdza moje umiłowanie do takich miejsc. Pamiętam, że wtedy, za pierwszym razem, znalazłam tam niesamowite stare zdjęcia pięknej pary w łódce, najpewniej nad Balatonem. Tak zresztą zostało i później, Marek odwiedzał targ w poszukiwaniu klocków Lego (których jest tam mnóstwo!), a ja w tym czasie przeglądałam dziesiątki pocztówek i starych zdjęć. Na targu jest też co tydzień pani sprzedająca całkiem tanie haftowane obrusy czy pościele (jest ich kilka, ale ta najmłodsza ma najlepsze ceny), jest też kilka stoisk z ciekawymi książkami o sztuce ludowej i typowych węgierskich wzorach. Bywały momenty, kiedy przychodziliśmy na ten targ co tydzień, kojarzyliśmy więc już większość wystawców. Większość z nich sprzedaje cały czas te same rzeczy, choć i tak lubiliśmy tam spędzać poranki, i zwykle mimo wszystko udało nam się znaleźć jakieś nowe drobiazgi.

img1370img331img332img809

Ale targi to nie tylko szperanie w starociach, to też szansa na spróbowanie typowego węgierskiego jedzenia. Na niektórych znajdziemy tłuste serowe langosze, ale na większości króluje przede wszystkim mięso –  parówki (virsli) sprzedawane zawsze w parach, albo kiełbasa (kolbász) na wagę, z obowiązkową musztardą i typowym węgierskim chlebem –  grubym, białym, bardzo puszystym. Dodatki są liczone osobno (choć kosztują grosze) ale nigdy nie widziałam, żeby ktokolwiek zamawiał kiełbasę bez nich. Oczywiście nie mogłoby też zabraknąć papryki, słoje z różnymi rodzajami zajmują prawie całą ladę przy kasie. I choć nie ma tu nic specjalnego, to zdecydowanie bardziej czułam węgierski klimat siedząc przy plastikowym stole z ceratą, niż w jakiejkolwiek eleganckiej restauracji.

img808img1369

Pchli targ Ecseri

Największy w mieście, a dokładniej „pod miastem”, przynajmniej tym, które zobaczymy w przewodnikach. Wizyta na Ecseri to trochę większa wycieczka, żeby tam dotrzeć trzeba spędzić około godziny w różnych tramwajach i autobusach. Wysiada się prawie że pośrodku niczego, na wielkiej drodze obok osiedla jednorodzinnych domów, ale nie trzeba się zbyt martwić, bo jeśli jedziemy tam w weekend, to w autobusie na pewno będzie ktoś jeszcze, kto wie gdzie wysiąść. Z jednej strony w porównaniu z miejscami typu Mauerpark w Berlinie, ten pchli targ nie wydaje się aż tak duży, ale kiedy już wgłębimy się w jego uliczki, i zobaczymy ile przedmiotów kryje się tak naprawdę w każdej budce, możnaby spędzić tam cały dzień. Jest to jednak targ trochę „trudniejszy”, bo jeśli chcemy znaleźć tam większe skarby, dobrze jest orientować się w ich cenach. Podejrzewam, że antyki, porcelana czy meble są tam oferowane (zwłaszcza turystom) w bardzo wysokich i czasem nieadekwatnych cenach. Ja kupowałam tam jedynie drobnostki – pocztówki czy znaczki, czasem też jakieś haftowane ozdoby – i tu też zwykle udało mi się utargować dobrą cenę, podobną do tej z targu w Varosliget, i zdecydowanie lepszą niż we wszystkich sklepach z pamiątkami w centrum (dla przykładu, koszt ręcznie haftowanej poszewki na poduszkę to na pchlim targu ok 30-40zł, tymczasem w sklepie jakies 100-200zł. Te z pchlich targów mają oczywiście czasem jakieś drobne wady, ale nadal uważam że są piękną ozdobą).

img275 img342img280img279img282img277img283img284img344img341img373

Pchli targ w Gozsdu Udvar

To taki targ, na którym raczej nic nas nie zaskoczy. Tych samych kilku wystawców: panowie ze znaczkami i pocztówkami (które jak widać na zdjęciu poniżej lubiłam przeglądać), stoisko ze starymi aparatami, głównie polaroidami – niestety w zawyżonych cenach, biżuteria, obrazy; czasem tylko widywaliśmy kilka dziewczyn z ciekawymi retro ubraniami, i z czasem pojawiło się też stoisko sklepu BomoArt, z pięknymi wyrobami papierniczymi. Jedna wizyta wystarczy, chociaż trafialiśmy tam częściej, bo i tak bywaliśmy w okolicy – popularny Gozsdu Udvar, czyli połączone przejścia między kamienicami to samo serce żywej 7 dzielnicy, i też oblegana aleja z mnóstwem barów i restauracji.

img958

Inne

Oczywiście te trzy miejsca to nie wszystko, choć jeśli chodzi o większe targi, to dwa pierwsze wyczerpują listę. W starociach możemy też poprzebierać weekendami w dzielnicy Újpest, nad Dunajem – choć tam nigdy nie byliśmy, czasem zdarzają się małe targi przy okazji innych wydarzeń – święta dzielnicy czy dni muzeów, do tego w różnych punktach miasta znajdziemy też stacjonarne sklepy ze starociami i antykami. Jeden z nich to Bolhapalota, w piątej dzielnicy, tam jednak nigdy nie znaleźliśmy nic ciekawego, ale za to podobał nam się Tabáni Flea Market, po stronie Budy, w dziesiątej dzielnicy, mały i niepozorny, ale z miłym właścicielem ( i jego wielkim psem).  Więcej informacji o marketach i plich targach znajdziecie też w tym artykule, jest tam też więcej zdjęć z miejsc o których tu wspominam, a w których sama nie wyjmowałam aparatu.

img011

 

Budapeszt

budapeszt | hale targowe

Maj 27, 2016
img116

 

Uwielbiam pchle targi, wszelkie ryneczki i hale targowe. Te odwiedzane w czasie podróży, ale też te lokalne, pod domem. Kiedy razem z moimi współlokatorkami wybierałyśmy nasze pierwsze studenckie mieszkanie w Poznaniu, nie wiedziałyśmy nic o jego dzielnicach. Zupełnie przypadkiem trafiłyśmy na Jeżyce, i dziś już wiem, że lepiej być nie mogło 😉 Rynek Jeżycki, centrum naszej dzielnicy, gdzie zaglądamy zawsze po owoce i warzywa (choć można tam znaleźć dużo więcej!) to powieść na zupełnie osobny wpis – mam nadzieję , że powstanie już niedługo, kiedy tylko zbiorę trochę więcej zdjęć z rynku (zwykle mam za dużo toreb z zakupami, żeby jeszcze próbować robić zdjęcia).  Tymczasem jednak zerknijmy na markety i hale targowe w Budapeszcie.

Główna Hala Targowa (Központi Vásárcsarnok)

img730img115img107img118img952img106img114

Tą halę znają pewnie wszyscy, którzy przejrzeli jakikolwiek przewodnik po Budapeszcie.  Jest ogromna i robi piękne wrażenie, jest też zawsze pełna ludzi – zarówno turystów jak i „zwykłych” mieszkańców. Na głównym poziomie znajdziemy jedzenie – wszelkie możliwe owoce i warzywa, węgierskie specjały – paprykę, kiełbasy, wyroby z mangalicy (lokalnej długowłosej świni), czy strudle – zwane tam rétes – podobno najlepsze w mieście, choć pamiętam, że w książkach Krzysztofa Vargi zachwalane było chyba inne miejsce.  Na piętrze znajduje się restauracja, zawsze pełna turystów, budki serwujące langosze – także z owocami (których, jak to ujęła nasza nauczycielka węgierskiego, lokalni mieszkańcy nigdy by nie zjedli), do tego ogrom sklepów z pamiątkami, w większości dość tandetnymi – ciekawsze (i dużo tańsze) regionalne wyroby, takie jak np haftowane obrusy, można było wypatrzyć chociażby na pchlich targach.

Jedyne na co mogłabym tu narzekać, to godziny otwarcia. Hala targowa znajduje się nad rzeką, w centrum miasta, zwykle spacerowaliśmy tam wieczorami, gdy była już zamknięta (po 18). W soboty też można do niej zajrzeć tylko do 15, co też często nam się nie udawało, bo zwykle poranki spędzaliśmy po drugiej stronie miasta na pchlim targu. Często jednak, jeśli była już zamknięta szliśmy do azjatyckiego sklepu tuż obok (pierwszy sklep po lewej stronie od hali). Jeden z większych w mieście, ma chyba wszystko czego w kuchni można potrzebować i wbrew nazwie nie tylko z azjatyckiego repertuaru – jeśli poszukujecie chociażby ozdób/barwników/lukru do tortów to na pewno też je tam znajdziecie. Najbardziej imponująca jest tam chyba wielka ściana z przyprawami albo półki z przeróżnymi sosami. Sklep jest dość drogi, ale naprawdę dobrze wyposażony.

Targ na Placu Hunyadiego (Hunyadi Tér Market)

img033img026img025img032img028

To taki odpowiednik mojego Rynku Jeżyckiego. Najmniejsza hala targowa w Budapeszcie, skryta na placu pomiędzy starymi kamienicami. Do tego mały ryneczek przed halą, ze świeżymi produktami sprzedawanymi głównie przez urocze starsze panie. Zaglądaliśmy tam czasem w drodze do domu, czasem zdarzało mi się też wysiąść wcześniej z metra, żeby zajść tam po bukiet kwiatów. Pamiętam też jakim wyzwaniem były czasem zakupy tam, starsze panie zwykle starały się nas miło zagadnąć, czasami udało się nam wszystko zrozumieć, ale niekiedy po prostu nadrabialiśmy braki węgierskiego uśmiechem.

Tuż obok hali znajdziemy też też sklep Culinaris, ze specjałami z całego świata – dość drogi, ale przydatny jeśli szukamy czegoś specjalnego.

Niedzielny market w Szimpli

img003img005img004

W weekendowe poranki głośny imprezowy pub Szimpla zamienia się w rozgadane kolorowe targowisko. Co drugi weekend królują tam rowery albo produkty od lokalnych rolników. W pobliżu można też znaleźć coweekendowy targ z antykami i oczywiście mnóstwo restauracji i barów, Szimpla to w końcu sam środek popularnej siódmej dzielnicy.

Takich marketów jest oczywiście w Budapeszcie dużo więcej, te trzy które tu opisałam to te, które odwiedzaliśmy najczęściej, i te w których zrobiłam jakiekolwiek zdjęcia. Jeśli wybieracie się do węgierskiej stolicy i chcielibyście wiedzieć, gdzie jeszcze warto zajrzeć, zerknijcie na artykuł o innych targowiskach.

Polska

pszczółki

Maj 20, 2016
DSC_2395

Tym razem czas na trochę jesiennych wspomnień. To był chyba październik, ostatnie tak pięknie ciepłe dni. Wybrałam się do Gdańska na zdjęcia, ale ponieważ miałam też akurat dużo wolnego czasu, postanowiłam (w końcu!) odwiedzić Łukasza w jego domu w Pszczółkach (jeśli pamiętacie mój poprzedni blog, powinniście znać Łukasza z naszej wyprawy do Maroka).  20 minut w pociągu i już siedziałam w jego zielonym ogrodzie. Świeżo wyciskany sok, mnóstwo jabłek, warzywa, zioła, i nawet arbuzy prosto z ogródka! Dla kogoś kto tak jak ja spędza większość czasu w środku miasta, to była naprawdę miła odmiana. Po południu zabraliśmy rowery i pojechaliśmy na małą wycieczkę po okolicznych wioskach, a wieczorem zajrzeliśmy też po lokalny miód, bo przecież bez niego nie można odwiedzić miejsca o nazwie Pszczółki 😉 Sama pewnie prędko nie zamieszkam na wsi, ale od tamtego czasu naprawdę marzy mi się własna działka, na której też mogłabym mieć choć trochę zieleni!

świeży sok jabłoń pszczółkiogród drzewo owocegruszka w butelce drzewo sadmini szklarnia ogródzielone pomidory szklarniapies w ogrodzieogród warzywagmina pszczółki rowerjabłka sad jabłoniejabłka sad pszczółki pomorskiejabłka sad zbiory jesieńjabłko sad jesieńpszczółki okolicepszcżółki okolice kapliczkapszczółki okolice wieśgmina pszczółki pomorskiejabłoń sad jabłka jesieńgmina pszczółki jabłkajabłoń jabłka jesieńzioła ogródorzech ogródarbuzy ogródmiód pszczółkilawenda ogród pomorzeorzechy ogród jesień