Azja Japonia pociągiem do Rosja

pociągiem do Japonii

Listopad 10, 2018

 

W ciemne, zimowe wieczory uwielbiałam spoglądać na mapę w telefonie, nie mogąc uwierzyć, że ta mała kropka na drugim końcu świata to my. Dla kogoś, kto bez wahania wsiada w samolot i leci na inny kontynent, może to nic specjalnego. Dla mnie, która wpada w panikę na samą myśl o dalekich lotach, to że dotarliśmy tak daleko było naprawdę niesamowite i wręcz nierzeczywiste.

To jednak nie tylko mój strach przed długimi lotami sprawił, że ta podróż wyglądała tak a nie inaczej. Przede wszystkim od dawna marzyliśmy też o przejechaniu Rosji Koleją Transsyberyjską, ale właściwie chyba wszystkie nasze wyprawy mają podobny schemat – wsiadamy w pociąg i jedziemy coraz dalej i dalej. Podróże to dla mnie zawsze też  „droga”, nie tylko ostateczny cel ale i też te momenty pomiędzy. Rzadko kiedy nasze dalsze podróże zatrzymują się też w jednym miejscu, zwykle jesteśmy w ruchu i o ile mamy tylko czas – brniemy coraz dalej. Zanim wybraliśmy się w podróż pociągiem do Japonii, dotarliśmy w ten powolny sposób też w inne bliższe nam zakątki świata –  z Polski do Maroka, dookoła Bałtyku i na Bałkany. Za każdym razem trudno ustalić co było „celem” tych podróży, mamy oczywiście ulubione miejsca, są też te „najdalsze” punkty przy których zawracaliśmy, ale czasem niepozorne miejsca naszych przesiadek okazały się równie ważne jak ten najdalej wysunięty punkt, do którego pozornie dążyliśmy.

winter russia japan analog photography

Z Japonią sprawa była jeszcze bardziej skomplikowana, bo mimo długich miesięcy planowania tej podróży, nie ustaliliśmy właściwie nic więcej, niż podstawowe minimum. Przyjeżdżaliśmy do Japonii w połowie grudnia, rozsądnym było więc zaplanowanie czasu dookoła świąt i nowego roku, ale reszta naszej podróży układana była spontanicznie, momentami z dnia na dzień. Wjeżdżając na wyspy nie mieliśmy nawet pojęcia, które regiony ostatecznie uda się nam odwiedzić, mieliśmy ustalony tylko bardzo mglisty zarys, który na szczęście wystarczył żeby przekonać urzędników imigracyjnych, że nie mamy żadnych niecnych planów, a spore plecaki i grube ubrania nie są wcale podejrzane gdy przyjeżdża się z Syberii. Zupełnie nie wiedzieliśmy też jaka będzie nasza droga powrotna, ani też ile będzie trwała ta podróż, co z jednej strony dawało ogromną swobodę, ale czasem też komplikowało sprawy. Ostatecznie nasza podróż przebiegała mniej więcej jak na mapce poniżej:

droga do Rosji:               Warszawa – Ryga – Tallin – Helsinki – Petersburg
Rosja:                                  Petersburg – Moskwa – Suzdal – Nowosybirsk – Tomsk – Ułan-Ude – Chabarowsk – Władywostok
droga do Japonii:          Władywostok – Donghae – Sakaiminato
Japonia:                             mnóstwo miejsc od Hokkaido po Okinawę
powrót:                              Fukuoka – Busan – Donghae – Władywostok – Moskwa – Ryga – Warszawa.

Dlaczego zimą? 

Ze względu na grafik mojej ślubnej pracy nie mieliśmy wyboru co do terminu podróży, jedynie zimą mam czas na dłuższe wyjazdy, jednak zupełnie tego nie żałuję. Zima, którą zobaczyliśmy w Rosji była wspaniała, od lat nie widziałam takiego śniegu i na Syberii cieszyłam się jak dziecko, następnym razem chciałabym przyjechać nawet później, żeby zobaczyć jeszcze więcej śniegu i jeszcze większe mrozy! W Japonii (pomijając północne Hokkaido) pogoda była bardzo łagodna, a podróżowanie przyjemne. Zostając aż do marca udało nam się zobaczyć też pierwsze kwitnące wiśnie, a na samym południu mogliśmy nawet popływać w ciepłym oceanie.

Plusy podróży zimą:

  • dużo mniej turystów i dużo większy spokój w popularnych miejscach
  • zdecydowanie niższe ceny noclegów i transportu
  • dużo większa elastyczność – w wielu miejscach mogliśmy rezerwować noclegi nawet z dnia na dzień
  • niezwykłe widoki – oczywiście nie wszędzie, ale np Syberię zdecydowanie powinno się zobaczyć zimą

Minusy podróży zimą:

  • temperatury – choć dla nas to nie problem, nigdy nie podróżujemy żeby opalać się na plażach, tutaj wystarczyło się odpowiednio ubrać, i właściwie to było jedynie minusem, bo dodatkowe ciepłe warstwy zajmowały sporo miejsca w plecaku, musieliśmy też zabrać opcje na różną pogodę, w ciągu tych miesięcy widzieliśmy temperatury od -25 ℃ do +25 ℃.
  • krótkie dni – w zimie słońce zachodzi bardzo wcześnie, co zdecydowanie skracało czas na „zwiedzanie”, z drugiej strony nawet ciemne zimne wieczory stawały się miłe przy rozgrzewających herbatach, książce czy planowaniu kolejnych etapów podróży
  • nie wszystkie miejsca otwarte są „poza sezonem”, choć akurat w Rosji i Japonii były to wyjątkowo rzadkie przypadki
  • nie aż tak piękne widoki – oczywiście wiadomo, że Japonia byłaby piękniejsza wiosną gdy kwitną wiśnie, czy jesienią wśród kolorowych liści, ale z kolei wtedy nie moglibyśmy zrealizować tej podróży tak elastycznie i w takim samym budżecie

 

winter russia syberia analog photography

 

Podróż Koleją Transsyberyjską do Japonii – informacje praktyczne

Z góry przepraszam, bo mój blog to przede wszystkim prosty zdjęciowy „pamiętnik”,  zupełnie nie umiałabym uporządkować tu wszystkich praktycznych informacji (od tego są lepsze przewodniki, blogi czy fora – przede wszystkim strona Seat61, największy zbiór wiedzy dotyczący podróży koleją po całym świecie).  Gdyby kogoś nurtowały jednak jakiekolwiek kwestie związane z naszą podróżą, pytajcie śmiało i postaram się odpowiedzieć i doradzić. Wspomnę tu tylko o niektórych podstawowych kwestiach i o kilku takich, które najtrudniej było mi sprawdzić przed podróżą i gdzie brakowało jakichkolwiek informacji z aktualnych źródeł. Wszystkie informacje w moich wpisach dotyczą podróży od listopada 2017 do kwietnia 2018. 

 

Etap 1: Kolej Transsyberyjska

kolej transsyberyjska transsib transsiberian train winter pociągiem do japonii

 

Jak kupić bilety?

Bilety na pociągi w Rosji można kupić przez internet na stronie rosyjskich kolei, tam najłatwiej też sprawdzić wszystkie ceny – zależą one od wybranej daty, typu pociągu, klasy wagonu i konkretnego miejsca (na górze/na dole). Kupując bilety przez internet wystarczy mieć przy sobie ich wydruk, a tak naprawdę w większości pociągów prowadnice (odpowiedniczki naszych konduktorów) bardziej sprawdzały nasze paszporty i to czy dane zgadzają się z tym co mają w swoim systemie, niż same wydrukowane bilety. Jeśli kupujemy bilety w kasie na dworcu, dobrze jest zjawić się wcześniej – kolejki są długie i powolne, kupując bilet musimy też pokazać paszport – nasze dane zostają wpisane na bilecie (dlatego też wszystko trwa tak długo).

Ile trwa podróż? 

Cała trasa Moskwa – Władywostok zajmuje niecałe 7 dni. Polecamy jednak zdecydowanie przystanki co kilka dni.

Jak wygląda podróż?

Po odnalezieniu naszego miejsca w wagonie dostajemy pościel, możemy przygotować nasze łóżka i przebrać się w wygodniejsze ubrania – długie godziny w pociągu lepiej spędzić w lekkim dresie niż jeansach, poza tym w środku pociągu jest też Bardzo ciepło, dlatego nawet gdy na zewnątrz jest -20, w pociągu możemy spokojnie siedzieć w samym t-shircie. Na korytarzu znajdziemy samowar z gorącą wodą, a u prowadnic możemy wypożyczyć szklanki (takie typowe, „z koszyczkiem”!). Raz dziennie przez pociąg przebiega też pani z wagonu restauracyjnego sprzedając „pirożki” – „bułeczki” z farszem z kapusty lub ziemniaków. Dalekobieżne pociągi są też dość wygodne i czyste – panie prowadnice bardzo dbają o ich stan, codziennie odkurzając korytarze i przedziały. Co jakiś czas zdarza się dłuższy przystanek (w Nowosybirsku i Chabarowsku nawet około godziny) – wtedy możemy pójść do dworcowej stołówki na obiad, ale na większości stacji pociąg zatrzymuje się na kilka – kilkanaście minut, gdzie mamy szansę trochę się przewietrzyć i kupić lokalne przysmaki od „babuszek”, które zwykle czekają na peronach z torbami pełnymi jedzenia.

Ile kosztuje podróż?

Tak jak wspomniałam – „to wszystko zależy”. My za całą trasę Moskwa – Władywostok: w listopadzie, w wagonach 2 klasy (w przedziałach 4osobowych) zapłaciliśmy około 1200zł/osobę, zawsze kupowaliśmy jedno miejsce na górze i jedno na dole (dolne miejsca są droższe, ale posiadanie takiej „połowy” przedziału jest najwygodniejsze, w ciągu dnia można złożyć górne łóżko i mieć nieco więcej światła i przestrzeni). W drodze powrotnej jechaliśmy pociągiem całą trasę bez przerwy, natomiast w drodze do Japonii wysiadaliśmy z pociągu co kilka dni i kupowaliśmy wtedy bilety na konkretne połączenia. Ich łączna cena nie różniła się znacznie od ceny jednego biletu na całą trasę, a zdecydowanie, Zdecydowanie, polecamy podróż podzieloną na krótsze etapy, jest wtedy dużo mniej męcząca, a po drodze jest tyle niesamowitych miejsc!

Jak sprawdzać rozkłady?

W czasie naszej podróży musieliśmy się też przyzwyczaić, że na wszystkich dworcach i biletach podawany był czas moskiewski, a nie lokalny, zawsze więc podwójnie sprawdzaliśmy wszystkie rozkłady, ale w ostatnich miesiącach zostało to zmienione i w każdym miejscu zobaczymy już lokalny czas.

 

Etap 2: Prom z Rosji do Japonii

Władywostok (Rosja) – Donghae (Korea Południowa) – Sakaiminato (Japonia)

dbs ferry vladivostok donghae russia japan ferry

Połączenia promowe z Rosji do Japonii są dwa, ale tylko jedno z nich dostępne jest przez cały rok. Prom DBS Ferry, o romantycznej nazwie Eastern Dream, płynie raz w tygodniu z Władywostoku do Sakaiminato w japońskiej prefekturze Tottori, z przystankiem w Donghae, w Korei Południowej. Drugim połączeniem jest prom z Sachalinu na Hokkaido, jednak zimą nie jest dostępny (a bardzo żałowaliśmy, bo to pozwoliłoby przemierzyć Japonię całkowicie „z góry do dołu”).

Wróćmy jednak do DBS ferry. Najtańszy bilet w klasie ekonomicznej z Rosji do Japonii to 265 dolarów czyli około 1000zł, są to piętrowe łóżka w wieloosobowej sali, nam w zupełności starczały na taką podróż. Zdjęcia wszystkich klas i dokładny cennik znajduje się na stronie promów. Bilet rezerwujemy mailowo wysyłając skan naszych paszportów i wybraną datę. Dostajemy potwierdzenie rezerwacji, a za sam bilet płacimy dopiero w terminalu promowym (w rublach, tuż przed wypłynięciem, lub wcześniej). Planując podróż wyobrażałam sobie, że „pewnie nikt normalny nie pływa tą trasą”, i rezerwację biletu zostawiliśmy też właściwie na ostatni moment, ale jak się jednak okazało na miejscu prom był pełen ludzi, szczególnie na trasie pomiędzy Koreą a Rosją, dlatego lepiej zarezerwować miejsca nieco wcześniej. Trasa promem do Japonii zajmuje dwa dni, zimą prom zatrzymuje się w Korei na dodatkową noc, musimy wtedy znaleźć nocleg na lądzie. My zatrzymaliśmy się w małym w hostelu w Mukho, tuż nad Donghae, w bardzo klimatycznym miasteczku, które było fantastycznym wstępem do naszych podróży po Azji.

Z dobrych wiadomości – do Korei Południowej i do Japonii nie potrzebujemy wizy, możemy zostać w nich przez 90 dni.

 

Ile kosztuje podróż pociągiem do Japonii? 

To pierwsze pytanie, które wszyscy zadają, ale też najtrudniejsze –  bo tak naprawdę to wszystko zależy od tego w jaki sposób lubimy podróżować, w jakim standardzie, kiedy i jakie miejsca odwiedzamy.  Możemy podać jedynie podstawowe koszty, takie jak bilety i wizy, ale cała reszta – to już kwestia indywidualna.

W dużym skrócie –  podstawowe koszty: (dane na listopad 2017)

~1200zł  bilety na pociąg w 2 i 3 klasie z Moskwy do Władywostoku
~1000zł prom z Rosji do Japonii
~500zł  wiza do Rosji  + min. 60zł ubezpieczenie
* Możliwości dotarcia do Moskwy są przeróżne (oprócz samolotów): np. bezpośrednim pociągiem z Polski, autobusami z przesiadką w Rydze, lub autobusem i pociągiem przez Rygę: najtańsza opcja to okolo 400zł. My wybraliśmy nieco dłuższą trasę przez Helsinki i Petersburg.

Noclegi to tak jak wspomniałam kwestia indywidualna, tego w jakich warunkach lubimy mieszkać w podróży, my za proste (ale zwykle bardzo klimatyczne) noclegi płaciliśmy od 40 do 120zł/osobę, najczęściej około 70zł/os.

Inne większe wydatki do rozważenia przed podróżą to ubezpieczenia oraz szczepienia. W naszym przypadku musieliśmy też przeznaczyć większą kwotę na ciepłe ubrania, zwłaszcza solidne buty, ale zakładamy że przydadzą się jeszcze w przyszłości.

Na pewno (nie licząc kosztu zimowych ubrań) nasza podróż byłaby DUŻO droższa, gdybyśmy wyruszyli w nią o innej porze roku.
Zima jest zdecydowanie najtańszym sezonem, dlatego nawet o Japonii nie możemy powiedzieć żeby była specjalnie droga.

 

Jak podróżować tanio po Japonii? 

Przede wszystkim – w miarę możliwości: nieśpiesznie. Przez to, że w Japonii spędziliśmy sprawie 3 miesiące, bez żalu mogliśmy korzystać z normalnych, wolniejszych pociągów, które cenami wcale nie odbiegają aż tak strasznie od tych w Polsce. Nigdy nie jechaliśmy super szybkimi shinkansenami, których ceny były już szalenie wysokie. Zupełnie nie interesował nas drogi turystyczny bilet JR Pass, jest on bardziej przydatny dla osób które przyjeżdzają do Japonii na krócej i chcą zobaczyć jak najwiecej miejsc. Oczywiście czasem ze smutkiem patrzyliśmy na to jak szybko moglibyśmy dotrzeć gdzieś shinkansenem, ale nasza powolna podróż tez miała sporo plusów. Na początku podróży trafiliśmy też na czas gdy w Japonii obowiązuje bilet Seishun Juhachi Kippu (Seishun 18 Kippu), który pozwalał na nielimitowane podróże lokalnymi pociągami za 2300 yenów dziennie (około 75zł). Była to też fantastyczna okazja, żeby zobaczyć małe wioski i malownicze tereny, które zupełnie by nam umknęły gdybyśmy w pośpiechu jeździli z miasta do miasta. Na dłuższych trasach wybieraliśmy też czasem nocne autobusy Willer Express,zwykle dostępne w bardzo korzystnych cenach.

Wszystkie rozkłady i ceny pociągów w Japonii można sprawdzić na stronie Hyperdia. Bilety można kupić na dworcach, w automatach lub też czasem przy okienku. Automaty są dużo bardziej popularne, choć na początku mogą sprawiać trochę problemów. W skrócie: kupujemy bilet za konkretną kwotę (którą sprawdzamy w tabeli z rozkładem nad automatem), a nie do danego miejsca. W przypadku lokalnych pociągów, bez rezerwacji, nie musimy się tez martwić jeśli popełnimy błąd, jeśli pojedziemy dalej lub kupiliśmy zły bilet to po prostu dopłacimy różnicę w okienku przy wyjściu ze stacji. W razie problemów pracownicy dworca (czy też inni podróżni) są bardzo pomocni.

W większości miejsc spaliśmy w hostelach albo małych guesthousach, bardzo często zdarzało się jednak, że byliśmy w nich sami, także nawet wieloosobowe pokoje stawały się prywatne. Za większość noclegów płaciliśmy około 60-80zł/osobę. Przetestowaliśmy też hostele kapsułowe, które były bardzo wygodne i wcale nie tak klaustrofobiczne jak wyobrażałam sobie wcześniej, choć służyły jedynie do spania (nie można było w nich przebywać w ciągu dnia). W niektórych miejscach najtańszą opcją były też hotele biznesowe, które miały mniej charakteru niż przytulne guesthousy, ale przynajmniej oferowały wygodne dwuosobowe pokoje ze śniadaniem w dobrej cenie (czasem nawet 50zł/os) – pokoje w tych hotelach były typu „zachodniego” tzn miały łóżko, zwykłą łazienkę i ogrzewanie – w wielu innych miejscach spaliśmy w pokojach typu japońskiego, tzn na futonach na podłodze, czasem też głównym ogrzewaniem były małe gazowe piecyki. Większość noclegów w Japonii i Korei znajdywaliśmy przez booking.com Kilkukrotnie udało nam się też mieszkać u osób poznanych przez Couchsurfing, przez co mogliśmy z „bliska” poznać codzienne życie w Rosji i Japonii.

 

moskwa analog

„Elastyczna” podróż koleją transsyberyjską a wizy 

Najbardziej frustrującą mnie kwestią tej podróży były wizy, chyba za bardzo przyzwyczaiłam się do europejskiej swobody podróżowania. Największe wątpliwości przed podróżą miałam co do planowania naszej trasy. Wszędzie czytałam o tym, że we wniosku wizowym musimy przedstawić plan naszej podróży, pokazać rezerwacje noclegów lub też bilety – jak ma się to do elastycznej podróży, gdy na bieżąco chcemy decydować o odwiedzanych miejscach?

Przede wszystkim – wniosek wizowy możemy złożyć sami w centrum wizowym lub z pomocą pośrednika i myślę, że za pierwszym razem warto jest po prostu zapłacić za pośrednictwo, dzięki któremu nie musimy się o cokolwiek martwić (zwłaszcza o zaproszenia/vouchery). Okazało się chociażby, że każdy konsulat ma inne wymagania, w niektórych musielibyśmy złożyć potwierdzenia opłacenia wszystkich noclegów (co byłoby w naszym przypadku niemożliwe), natomiast w Poznaniu nie było to już wymagane i właściwie jedyne co musieliśmy sami „dostarczyć” to daty na które była nam potrzebna wiza, natomiast całą resztą zajęło się już biuro Szerokie tory, które zdecydowanie polecamy!

Za 30-dniową wizę turystyczną zapłaciliśmy 480zł, wymagane jest też ubezpieczenie na czas pobytu w Rosji.

Przy wjeździe do Rosji otrzymujemy kartę migracyjną (wypełnić zgodnie z danymi z wizy i nie zgubić, trzeba ją oddać przy wyjeździe!), w ciągu tygodnia powinniśmy się też zameldować – my zrobiliśmy to w pierwszym hostelu zaraz po przyjeździe do Petersburga, w kolejnych miejscach już się nie rejestrowaliśmy, ostatecznie nikt też nigdy tego nie sprawdzał.

Podróż koleją transsyberyjską w obie strony / podróż koleją transsyberyjską z Rosji do Polski
wiza do Rosji wyrabiana poza Polską

To zdecydowanie temat, na który najtrudniej było mi znaleźć jakiekolwiek informacje i właściwie jadąc w tę podróż liczyliśmy po prostu, że „jakoś to będzie” opierając tę nadzieję na przypadkach znalezionych na forach, które jednak nigdy nie opisywały dokładnie naszej sytuacji. Najważniejsze to pamiętać, że kwestia rosyjskich wiz może się nagle zmienić, każdy konsulat może mieć też własne zasady, dlatego zawsze najlepiej sprawdzać informacje u źródła i mieć ew przygotowany plan zapasowy. Większość konsulatów do których wysyłaliśmy wiadomości mailowe odpowiadała na nasze pytania szybko, miło i z dużą dawką cierpliwości, także zdecydowanie nie trzeba się ich bać.

Nie chodzi mi tu oczywiście o podróże w dwie strony na tej samej 30-dniowej wizie, a o sytuację gdy wyjeżdżamy z Rosji i po pewnym czasie chcemy znów do niej wjechać z kraju innego niż Polska. W naszej drodze powrotnej z Japonii bardzo chciałam uniknąć samolotów, także właściwie pominięcie Rosji w trasie powrotnej nie wchodziło w grę. Gdy więc „w połowie drogi” uświadomiliśmy sobie, że trzeba zacząć planować powrót, udaliśmy się do ambasady Rosji w Tokio, żeby złożyć wniosek o wizę tranzytową.

  • Dlaczego wizę tranzytowa a nie turystyczna? W drodze powrotnej nie mieliśmy już czasu na dłuższy pobyt w Rosji, chcieliśmy po prostu dostać się lądem do domu, w takim przypadku wiza tranzytowa jest dużo tańsza, a formalności mniej skomplikowane – nie potrzebujemy dodatkowo voucherów/zaproszeń, wystarczą jedynie bilety na przejazd przez Rosję.

W ambasadzie w Tokio nie było zbyt dużych kolejek, tym szybciej jednak dowiedzieliśmy się, że otrzymanie wizy nie będzie to możliwe, i wszelkie wnioski mogą składać tylko osoby posiadające kartę pobytu w Japonii, więc jako turyści nie mogliśmy nic zrobić. Po pierwszych chwilach paniki i kilku mailach do okolicznych konsulatów, szybko dowiedzieliśmy się jednak, że o wizę tranzytową do Rosji możemy starać się poza Polską w wielu miejscach, m.in. w Osace lub też w Seulu, w Korei Południowej (gdzie można dotrzeć promem) i też w kilku dalszych miejscach, takich jak np Hong Kong. Do złożenia wniosku o wizę tranzytową potrzebny był wypełniony formularz, potwierdzenia biletów do i z Rosji (w naszym przypadku bilety na prom z Korei do Rosji  i autobus z Moskwy do Rygi, kupione wcześniej, dołączyliśmy też bilet na kolej transsyberyjską), dwa zdjęcia i oczywiście paszporty. Przed złożeniem dokumentów upewnialiśmy się mailowo, co dokładnie jest nam potrzebne, komunikacja z konsulatem w Osace była bardzo miła, także na miejscu podczas składania wniosku wszyscy byli bardzo pomocni. Na wizę czekaliśmy tydzień, kosztowała nas 4500 yenów, czyli około 150zł.  Warto pamiętać, żeby na ten czas oczekiwania mieć ze sobą kopię dokumentów, nas akurat kilka dni po złożeniu wniosku spotkała przypadkowa kontrola japońskiej policji i ksero paszportu pozwoliło uniknąć niepotrzebnych nieporozumień.

Niektóre źródła podają też, że wiza tranzytowa do Rosji nie jest wydawana na podróż koleją transsyberyjską. Nieprawda – wiza tranzytowa wydawana jest na maksymalnie 10 dni,  można więc „użyć jej” do podróży koleją transsyberyjską – jeśli wjeżdżamy i wyjeżdżamy z/do różnych państw, nie możemy jednak zatrzymywać się w miastach po drodze.

kolej transsyberyjska japonia zima

 

Te 5 miesięcy to ogrom wrażeń, które tak naprawdę dopiero teraz próbujemy jakoś „ułożyć”. Wróciliśmy prawie setką klisz i też sporą ilością innych zdjęć, w najbliższym czasie pojawią się tu wpisy (raczej zdjęcia niż tekst) z kolejnych przystanków naszej podróży. Więcej migawek znajdziecie też na moim instagramie: instagram.com/fixmycamera/

 

Polska

październik | pokrzywnik

Październik 22, 2018

Ach, od czego tu zacząć? Nie bez powodu ostatni wpis na blogu jest sprzed ponad roku, mimo że w międzyczasie spełniłam jedno z moich większych marzeń, przemierzając niespiesznie Rosję i Japonię przez prawie 5 mroźnych miesięcy. Powinno być tu już kilkadziesiąt wpisów o wszystkich tych niezwykłych miejscach, które zobaczyliśmy, ale czas w tym roku ucieka wyjątkowo szybko, i wir mojej ślubnej pracy porwał mnie od razu gdy tylko wróciliśmy do domu. Większość klisz nie jest nawet zeskanowana, wszystkie te wspomnienia czekają na spokojniejsze dni, a ja cały czas żyję nadzieją, że w końcu wróci ten mniej zapracowany czas. Zanim jednak pojawią się tutaj te „dalekie” historie, mam coś bardzo bliskiego, tutejszego, bo jak co tydzień przypomina mi moja praca – Polska też potrafi być niesamowita, zachwycająca i magiczna.

Pokrzywnik 11

W tym roku miałam okazję odwiedzić kilka naprawdę klimatycznych miejsc, niektóre przy okazji ślubów, niektóre też prywatnie, ale chyba o żadnym nie będę myśleć tak ciepło, jak o tej jesiennej wizycie na Dolnym Śląsku. Magia. Tyle wystarczy, żeby opisać Pokrzywnik 11, a zdjęcia oddadzą to też lepiej niż jakiekolwiek moje słowa. Może to ta jesienna aura, te kolory i to światło, ale jestem pewna, że o każdej innej porze roku jest tak samo czarujący. „Przytrafił” mi się też w przewrotnie pechowym czasie, gdy choroba i praca chciały za wszelką cenę zatrzymać w domu, ale właśnie chyba wtedy najlepiej znaleźć się w takich miejscach – pięknych, spokojnych, gdy potrzeba Wam tego oddechu, odrobiny ciszy i dobrej energii.

 

P.S.

Pokrzywnik 11 zdecydowanie trafił na moją osobistą listę marzeń jeśli chodzi o klimatyczne miejsca na ślub. Przemili właściciele, klimatyczne wnętrza, pyszna kuchnia, zachwycające widoki i tak cudownie nieśpieszna atmosfera. Gdyby komuś z Was marzył się kameralny, klimatyczny ślub w Pokrzywniku 11, byłabym przeszczęśliwa mogąc go sfotografować <3 Moje ślubne portfolio znajdziecie tutaj!

Polska

sierpień | rzepiska, stodoła u jojo

Wrzesień 19, 2017

 

Czasu brakuje mi już na wszystko, dni na które tak długo czekałam szybko stają się wspomnieniem. Tym chętniej wracam do tych sierpniowych chwil z dala od domu, gdy przez chwilę wszystko toczyło się tak powoli, a głównym zajęciem było łapanie zmieniającego się światła. Pierwsza daleka wyprawa to Rzepiska, mała wieś z widokiem na Tatry, która przywitała nas ciepłym zachodem, rozświetlającym wzgórza i doliny całą paletą pięknych barw. I właściwie tyle wystarczyło do szczęścia, ta cisza i widoki tak inne od tego co mam na codzień. Później jeszcze ogrom inspiracji, które dał nam Rafał Bojar, wzruszająca sesja i przede wszystkim piękny dzień w niezwykłej Stodole u Jojo. Powroty będą na pewno!

Rafał Bojar: warsztaty fotograficzne, Stodoła u Jojo, Rzepiska.

w domu

maj | tela

Lipiec 20, 2017

Maj zmienił wszystko. Piękny i słoneczny przyniósł ciszę i pustkę. Na zawsze.
Najgorsze są powroty, gdy nikt nie miauczy pod drzwiami.
W szafie nadal jest ulubiony koc, ukochane miejsce do spania.
Pudełko nadal stoi w korytarzu.

 

Wiem, że to nie miejsce na taki wpis, ale może ktoś znajdzie się w sytuacji takiej jak ja kilka miesięcy temu, będzie przeglądał internet w poszukiwaniu jakichkolwiek historii dających nadzieję, albo chociaż wskazówki co robić. I może historia naszej Paskudy, Teli, komuś pomoże.

Kot może mieć cukrzycę? Kot może mieć nowotwór, przechodzić chemioterapię?

Z tymi zdziwionymi głosami spotkaliśmy się w ostatnich miesiącach nie raz, i wiele rzeczy dla nas też było zupełnie nowych, dlatego właśnie ten wpis, bo okazało się, że tak naprawdę tak mało o kotach wiedzieliśmy.

Latem 2016 u naszej kotki zdiagnozowano cukrzycę. Mieliśmy szczęście, bo od dłuższego czasu byliśmy pod opieką świetnych lekarzy w Poznaniu, którzy na szczęście mieli o cukrzycy sporą wiedzę. Zmieniliśmy całkowicie dietę, pilnowaliśmy codziennych zastrzyków z insuliny (glargine) i po dokładnej kontroli wyników i dawek po około 6 tygodniach udało nam się unormować cukier i odstawić insulinę.

Dwa tygodnie później, tuż po naszej przeprowadzce do Gdańska, stan Teli pogorszył się niespodziewanie. Po pierwszych badaniach lekarze stwierdzili problem z nerkami, a w ciągu kolejnych dni biopsja potwierdziła najgorsze: nieuleczalny chłoniak nerek. Przez pierwsze dni kroplówki i sterydy utrzymywały Telę w nienajgorszej kondycji, była spokojna i dużo spała, a my w tym czasie musieliśmy podjąć decyzję co dalej.

Chłoniak nerek u kota – chemioterapia

Jedyną szansą była chemioterapia, choć z góry wiedzieliśmy, że będzie służyła tylko przedłużeniu życia, a nie wyleczeniu. Zwykle wydłuża życie o 2-10 miesięcy, wyobrażaliśmy sobie jednak, że będą to miesiące wypełnione stresem i ciągłymi wizytami u lekarzy (które Tela znosiła wyjątkowo źle), dlatego od początku byliśmy nastawieni raczej sceptycznie do tej ścieżki leczenia. Nie chcieliśmy się jednak poddać bez walki i w końcu, skierowani do poleconego nam trójmiejskiego onkologa, dr Mariusza Miazgi, zaryzykowaliśmy.  Doktor nie namawiał na chemioterapię, ale przedstawił wszystko dokładnie i rozwiał nasze wątpliwości i tak już przy pierwszej wizycie Tela dostała jednak pierwszą dawkę leków.

Siedem miesięcy później, na naszym ostatnim spotkaniu doktor wspomniał, że wiele osób pamięta z chemioterapii tylko te gorsze momenty i ostatecznie żałuje leczenia, dlatego cieszyły go nasze pozytywne wrażenia. I dlatego tez jednak napisałam tych kilka zdań,  bo nie umiem tego zupełnie zrozumieć. Rzeczywiście, w ciągu tych ostatnich miesięcy zdarzyły się gorsze dni, senne, słabsze, z małym apetytem, wizyty w klinice co 2-3 tygodnie też były pełne krzyku i atakowania lekarzy, ale poza nimi były też długie dni pełne energii, zabawy, mruczenia, radości. I tak naprawdę do samego końca pozostała jej ta energia, a decyzję o uśpieniu musieliśmy podjąć gdy pojawiło się nagłe pogorszenie, a wszystkie dostępne leki przestały działać.

Czy to znaczy, że polecamy chemioterapię każdemu?

Nie. Wszystko zależy od wielu czynników i przede wszystkim największą pomocą w podjęciu decyzji powinien być lekarz.  My mieliśmy akurat dużo szczęścia, bo nasza praca pozwalała nam na bycie z Telą cały czas w domu, mogliśmy poświęcić jej mnóstwo czasu, obserwować czy stan się nie pogarsza i w każdej chwili zabrać do szpitala, ale wiem, że nie każdy jest w takiej sytuacji. Zdecydowanie jednak jeśli są odpowiednie warunki, nie powinno bać się chemioterapii , tak jak właśnie baliśmy się na początku. Myśleliśmy wtedy, że przecież na sterydach czuje się dobrze, więc może lepiej dać jej te kilka tygodni spokoju, niż męczyć chemioterapią dodając może jakiś miesiąc, dwa. Dopiero po rozpoczęciu chemioterapii zobaczyliśmy jak bardzo poprawił się jej stan, i tak naprawdę jak mało sił i radości miała będąc wcześniej na samych lekach sterydowych. Koty znoszą chemię w większości bardzo dobrze, w naszym przypadku te gorsze momenty były tak sporadyczne, a te wspaniałe dni tak długie, że nie oddałabym za nic tego czasu i nie zmieniła nigdy naszej decyzji o leczeniu. I nie mamy słów, żeby podziękować wszystkim wspaniałym lekarzom, których spotkaliśmy, szczególnie doktorowi Miazdze, który przez cały czas był tak pomocny i zaangażowany, że mieliśmy wrażenie, że Tela jest jego jedyną pacjentką. Nie bał się też jej wściekłych krzyków i pazurów, za co tym bardziej podziwiamy, bo zdarzali się lekarze odmawiający jej leczenia.

Ostatecznie dzięki doktorowi dostaliśmy długie, piękne 7 miesięcy i nawet pomimo smutków i stresów związanych z leczeniem był to naprawdę cudowny czas. // Większość zdjęć powyżej została zrobiona już w czasie choroby.

polecamy:

podstawowa lektura:   Chłoniak u kota

lek.wet. Mariusz Miazga,  Gdynia/Gdańsk – Trójmiejska Klinika Weterynaryjna Continue Reading

Polska

sukulenty | rumia

Kwiecień 13, 2017

 

Jeśli macie wrażenie, że już widzieliście te zdjęcia, to po prostu kolejna wizyta w jednym z moich ulubionych miejsc na pomorzu. Tak, zdecydowanie jednym z plusów naszej przeprowadzki do Trójmiasta, jest to, że wycieczka do hodowli sukulentów w Rumi zajmuje mi teraz tylko godzinę 😉 Uwielbiam przechadzać się w tamtejszej szklarni i zawsze wychodzę zachwycona, więc najchętniej zaglądałabym tam przynajmniej raz w tygodniu, ale staram się powstrzymywać, głównie z powodu kończącego się już miejsca na parapetach i troski o portfel. Miło jest jednak zajrzeć chociażby co kilka miesięcy, żeby zobaczyć jak pięknie zmieniają się też barwy sukulentów. Tym razem zamiast typowej zieleni, mieniły się pięknymi odcieniami fioletu, różu i nawet turkusu. Cudowny widok, szczególnie w dziale z tymi najmniejszymi doniczkami.

Hodowla w Rumi (lub też wystawa kaktusów i sukulentów) to cały przekrój – od „przedszkola”, czyli rzędów tacek, gdzie z pojedynczych listków powstają nowe rośliny, przez małe sukulenty dostępne już na sprzedaż (tylko 5zł za sztukę), aż po duże okazy – w dużej części niedostępne na sprzedaż. Te największe są oczywiście przepiękne, ale na szczęście mini-sukulenty są przeurocze, więc zwykle nie smuci mnie, że tylko z nimi wracam do domu. (Czasem warto też po prostu zapytać, ostatnio wypatrzyłam dużą doniczkę z moim ulubionym sedum burrito i po małych negocjacjach też udało mi się ją kupić.)

kaktusiarnia rumia aloeskaktusiarnia mini sukulenty na ślub

Jakiś czas temu dostałam przez pomyłkę maila z pytaniem o małe sukulenty na ślub – miały być użyte jako prezent dla gości weselnych. Odesłałam panią do Kaktusiarni, chyba z dobrym skutkiem, bo przechadzając się tym razem między rzędami małych doniczek, znalazłam odłożoną na zamówienie sporą część mini roślinek. A nawet jeśli to nie na ten ślub, to może ktoś inny akurat się skusił –  ja sama dużo bardziej ucieszyłabym się z małej uroczej roślinki, którą mogę zabrać do domu, niż z figurek czy magnesów, z którymi nigdy nie wiem co zrobić. Widywałam już sukulenty jako dekoracje ślubne, na stołach czy przy tortach, wykorzystanie ich jako mały prezent dla gości wydaje mi się równie miłym pomysłem, mam nadzieję, że zdarzy mi się jeszcze fotografować takie kaktusowo/sukulentowe śluby 😉

Tymczasem przygarnęłam kilka ulubionych sukulentów i nawet dwa małe liście opuncji – choć długo wzbraniałam się przed samymi kaktusami. Okazało się jednak, że przed kolcami łatwo się obronić, a opuncje dodają tylko uroku mojej małej domowej kolekcji.

rumia wystawa kaktusówrumia hodowla kaktusów szklarnia różnokolorowe mini sukulentykaktusy rumia hodowla wystawakaktusiarnia rumia hodowlna wystawa szklarnia propagacja sukulentów rumia hodowla wystawakaktusiarnia rumia wiszący sukulentmini sukulenty na ślub kolorowe

 

miejsce: Kaktusiarnia,
Hodowla Kaktusów i innych sukulentów, Rumia k/Gdyni

 

Budapeszt

dzielnice budapesztu

Styczeń 24, 2017

Znów powracam do Budapesztu, o którym mam tyle opowieści, że zupełnie nie wiem jak je uporządkować. Negatywy nie mają dat i nie były wywoływane na bieżąco, dlatego nie będzie tu już chronologicznej ciągłości, skupię się raczej na miejscach, które były tam dla mnie ważne. Zanim jednak pokażę dokładne ulice, kawiarnie czy place, potrzebne jest małe wprowadzenie, przegląd głównych dzielnic.  W Budapeszcie ten podział jest szczególnie ważny, zwłaszcza gdy zostajemy tam na dłużej. Nazwy ulic występują wielokrotnie w całym mieście – szukając więc nowych adresów zawsze musimy znać też numer dzielnicy. Każda z nich ma swój własny charakter, czasami tak wyraźny i inny niż jej sąsiedzi, że często miałam wrażenie jakbym wędrowała pomiędzy zupełnie różnymi miastami. Ale każda z dzielnic to też poszczególne fragmenty, często o zupełnie różnym klimacie, dlatego niezwykle ciężko jest wybrać jedno zdjęcie do każdej z nich i opisać je w jednym miejscu, i dlatego też już niedługo postaram się przygotować małe fotograficzne spacery po moich ulubionych fragmentach węgierskiej stolicy. Nie będzie tu jednak przewodnika po głównych zabytkach i atrakcjach, a raczej moje bardzo subiektywne i zupełnie niepraktyczne spojrzenie na miasto. Dużo ulic, budynków, zaułków. Tych ulubionych i tych, których czasem się bałam.

Buda

Dzielnica I  | Várkerület (Dzielnica Zamkowa)

img1249

Pierwsza dzielnica to nie tylko sam zamek, to też jego okolice pomiędzy wzgórzami. Willowe domy, eleganckie kamienice, deptak nad wodą, którym często spacerowaliśmy wieczorami. To też część po drugiej stronie wzgórza, do której można dostać się przez długi tunel, i do której jeździliśmy na najlepszą gorącą lemoniadę i po najładniejsze pocztówki w mieście.

Dzielnica II

img922

Czy to nie smutne, że druga dzielnica nie ma żadnej oficjalnej nazwy? Przyjeżdżaliśmy do niej głównie do łaźni, kilku miłych kawiarni i mojego ulubionego sklepu z zabawkami. Czasem też do parku Millenaris, który pasowałby chyba bardziej do Kopenhagi niż Węgier, a do którego przyciągały nas co jakiś czas targi designu.

Dzielnica III  |  Óbuda (Stara Buda)

img078

To tylko kilka przystanków autobusem wzdłuż wybrzeża Budy, a nagle krajobraz miasta zmienia się nie do poznania. Właściwie to już nie Buda, a trzecie, osobne miasto. Mały rynek, dookoła niego stare, niskie domy, a zaraz obok ruiny rzymskiego Aquincum, gdzieś pomiędzy szarymi budynkami. Przedziwne miejsce.

Dzielnica XI  |  Újbuda (Nowa Buda)

img284

Skupiona dookoła pięknej Béla Bartók ut, jedenasta dzielnica to chyba dość żywy zakątek Budy. Wiele osób odwiedza go zaglądając do hotelu i łaźni Gellerta, ale warto przejść się trochę dalej piękną szeroką aleją, na której stare żółte tramwaje wyglądają szczególnie uroczo. Tuż przy niej znajdziemy kilka miłych kawiarni, polsko-węgierską księgarnię Gdańsk czy też dziwno-urocze sklepiki, jak ten ze znaczkami czy wszystkim, co potrzebne do zrobienia ciast i tortów.

Pest

Dzielnica V  |  Belvaros & Lipotvaros (Śródmieście – Miasto Leopolda)

img1495

Piąta dzielnica to ścisłe centrum, choć też podzielone na dwa bardzo duże i bardzo różne fragmenty. Belvaros to głównie turystyczne deptaki, sklepy z pamiątkami i drogie restauracje, ale też m.in. mój ulubiony park Károlyi-kert, przytulne kawiarnie tuż obok i niesamowite budynki jak tajemniczy Parisi Udvar. Lipotvaros tymczasem jest już spokojniejsze, skrywające wielkie muzea i dostojne budynki, z Bazyliką i Parlamentem na czele.

Dzielnica VI |  Terézváros (Miasto Teresy)

img041

Dzielnica, którą charakteryzuje się głównie poprzez wielką elegancką aleję Andrassy’ego, ale eleganckie domy i szereg muzeów i ambasad to jedno oblicze „szóstki”, drugie – dużo bardziej zróżnicowane, ukryte jest w szeregu uliczek obok wielkiej alei. Poznaliśmy je wszystkie dość dobrze, mieszkaliśmy w końcu na jednej z nich. Mam wrażenie, że atmosfera dzielnicy zmieniała się tam co kilka ulic, a to jak zapamiętamy ten fragment miasta, zależy od tego na której stacji żółtego metra wysiądziemy.

Dzielnica VII | Erzsébetváros (Miasto Elżbiety)

f277753503

Jedna z najbardziej popularnych dzielnic w ścisłym centrum. Najbardziej znany jej fragment to dzielnica Żydowska, w której nie tylko synagogi, ale też chociażby specyficzny rozkład budynków reprezentują tą twarz Budapesztu. To tu znajdziemy najpopularniejsze ruin pubs i dziesiątki innych barów i restauracji. Zawsze pełna ludzi i trochę głośniejsza niż jej sąsiedzi.  Z drugiej strony siódemka to też ulice bliżej parku i dworca Keleti, o zupełnie innym charakterze niż jej imprezowe centrum. Rejony bardziej „mieszkalne”, z nieco inną architekturą niż w sąsiednich fragmentach – znajdziemy tam raczej nie monumentalne kamienice a niższe budynki ukryte za rzędami drzew. Jedne z naszych częstszych tras spacerowych, choć pewnie też dlatego, że były po prostu „po drodze” do domu.

Dzielnica VIII | Józsefváros (Miasto Józefa)

Ósma dzielnica nie ma najlepszej reputacji, ale jak to zwykle w takich przypadkach bywa, rzeczywistość okazuje się mniej dramatyczna niż wszelkie krążące opowieści. Szczególnie, że patrząc na mapę zauważamy od razu jak wielka jest ta część miasta, co oznacza, że będzie miała swoje lepsze i gorsze fragmenty.  Fakt, ulice są bardziej zaniedbane niż w innych dzielnicach, zaułki nieco mroczniejsze, ale można znaleźć też żywe fragmenty z gwarnymi kawiarniami, jak np okolice placu Mikszáth Kálmán tér. Nie spędziliśmy w niej tak dużo czasu jak w innych dzielnicach, czego zdecydowanie żałuję, a jeśli już to zagłębialiśmy się tylko w okolicę dworca Keleti, ale za każdym razem gdy zawędrowaliśmy gdziekolwiek dalej, czułam że to chyba najbardziej fascynująca część miasta.

Dzielnica IX  |  Ferencváros (Miasto Franciszka)

img085

Z dzielnic, które odwiedzaliśmy, o tej zdecydowanie wiem najmniej. Oczywiście często zaglądaliśmy do głównej Hali Targowej, ale to przecież sam skraj dziewiątej dzielnicy, zupełnie inny niż jej wewnętrzne ulice. Czasami zdarzyło się nam zajrzeć też do parku nad rzeką, i była to chyba nasza ulubiona trasa spacerowa nad wodą (może dlatego, że zawsze gdy tam byliśmy światło było niesamowite!). Kilka razy wsiedliśmy w przypadkowe tramwaje, czasem kolejki, zobaczyliśmy nowe mosty i wielkie parki. Dzielnica zawsze kusiła gdy wracaliśmy z pobliskiego klubu na łodzi, a38, ale w porównaniu do reszty miasta były to wizyty bardzo sporadyczne.

Dzielnica XIII |  Újlipótváros & Angyalföld

img039Ach, trzynasta dzielnica. Z nią miałam chyba najbardziej burzliwy „związek”. Pierwsza wizyta zupełnie nieudana, zraziła mnie do tej nudnej części miasta – jak wtedy pomyślałam. Ale dałam jej szansę i teraz gdybym miała wybrać gdzie szukać kolejnego budapesztańskiego mieszkania, pewnie byłaby to właśnie trzynastka.  Pierwsza część, odległe Angyalföld, to głównie duże osiedla bloków i szklanych biurowców. Zupełnie poza turystyczną mapą, chociaż nam zdarzało się tam czasem zawędrować, testując alternatywne ścieżki powrotu do domu. Újlipótváros tymczasem,  Nowe Miasto Leopolda, to już fantastycznie wielkie kamienice, secesja przeplatająca się z bauhausem. Niektóre fragmenty bardzo puste i zupełnie nieciekawe, ale gdy trafi się na odpowiednią ulicę, okazuje się, że to jeden z żywszych fragmentów miasta. Małe urocze sklepiki, przytulne kawiarnie i kilka naprawdę dobrych restauracji. Do tego wszystko jakby ukryte przed hałaśliwym tłumem.

Dzielnica XIV  | Zugló

img654

Zugló dla turystów to przede wszystkim Plac Bohaterów i park Városliget, choć ja zwykle traktowałam je bardziej jako zakończenie naszej szóstej dzielnicy. Dobrze pamiętam za to moją pierwszą wizytę w Zugló „po drugiej stronie” (parku), kiedy to nie mogłam uwierzyć, że to nadal Budapeszt. Później przeczytałam gdzieś, że stacja na której wysiadłam, Mexikoi ut, to najbrzydszy punkt stolicy. Kolejne wizyty nie były już tak dramatyczne, choć zwykle tylko „przejazdem”, gdzieś w drodze do dalszych punktów. Podobno to typowa miła i zadbana dzielnica mieszkalna, i to chyba prawda, zawsze kiedy tamtędy przejeżdżałam miałam wrażenie, że obserwuję takie typowe, normalne budapesztańskie życie.

Margit Sziget | Wyspa Małgorzaty

img054

Wyspa należy teoretycznie do XIII dzielnicy, ale zdecydowanie należy jej się osobny akapit. Długo nie mogłam się do niej przekonać, omijałam ją z daleka, traktując jako kolejny nudny park. Dopiero pod koniec, wiosną, daliśmy się przekonać, przemierzyliśmy ją kilkukrotnie, doceniając różnorodność (i wielkość!). Może też spodobała nam się bardziej, kiedy odwiedziliśmy ją od północnej strony, spacerując wcześniej przez odległe zakamarki XIII dzielnicy.

Dzielnic w Budapeszcie jest oczywiście dużo więcej, łącznie 23, nie do wszystkich jednak udało nam się zajrzeć. W niektórych byliśmy tylko raz, przejazdem, lub nie zrobiliśmy dość dobrych zdjęć. I z jednej strony polecam zajrzeć do dzielnic, które nie mieszczą się na typowej turystycznej mapie, a z drugiej – samo centrum też kryje przecież tyle niesamowitych miejsc, że trzeba mieć naprawdę mnóstwo czasu, żeby je wszystkie odwiedzić. Budapeszt jest dla mnie po prostu niekończącym się miastem, mogę spacerować tymi samymi ulicami wielokrotnie, bo zawsze jest w nich coś ciekawego, i będę też zawsze tęsknić za tymi fragmentami, w których jeszcze nie byłam. Nie znam też chyba żadnego innego miejsca, które miałoby tak spójny charakter, mimo że każda dzielnica snuje swoją osobną historię.

 

Polska

gdańsk | mroźny styczeń

Styczeń 11, 2017

Ach, ile to ja czekałam, żeby móc dodać tu takie zdjęcia! Ostatnią tak pięknie mroźną zimę pamiętam jeszcze z czasów, kiedy mieszkałam w Szwecji, czyli aż sprzed pięciu lat!
Tak tęskniłam za śniegiem skrzypiącym pod butami, za cudownym zimowym słońcem, za mroźnym powietrzem. Nawet jeśli to wszystko zniknie za kilka dni, to i tak ten moment prawdziwej zimy dał mi mnóstwo energii, i mnóstwo radości (na tyle, że nawet odważyłam się stanąć po drugiej stronie aparatu ;)) Wiem, że wiele osób wyczekuje już ciepłej wiosny, ale dla mnie taka słoneczna zima mogłaby trwać jeszcze długo, wystarczą mi ciepłe buty, gruby szalik i dużo gorącej herbaty 🙂

Polska

w lesie

Grudzień 16, 2016

Rok temu w Wigilię, kiedy wszyscy jeszcze spali, pojechaliśmy do lasu. Nie zdarza się to aż tak często, jakbym chciała – może dlatego, że na co dzień nie korzystamy z samochodu, a parki w mieście to zupełnie nie to samo. Tym milej wspominam tamten mroźny poranek. Mgła, rześkie grudniowe powietrze i ciepłe wschodzące słońce. I małe sarny biegające w oddali. Dziś tak bardzo brakuje mi lasu, że nawet te kilka starych zdjęć trochę pomaga, trochę uspokaja. Niekończące się przeziębienia trzymają nas w domu, w mieście, wśród dymiących kominów. I choć ten niezdrowy, przepełniający stare dzielnice zapach też w pewien sposób miło mi się kojarzy, dużo chętniej zamieniłabym go na woń żywicy i mokrej gleby. Kiedy już wszyscy wyzdrowiejemy, obiecuję sobie zrobić przerwę od miasta i uciec gdzieś do cichego, dzikiego lasu.

las01dsc_4650DSC_4529blas02las04las07las05las08las06dsc_4640DSC_4609b

Polska

zachełmie | karkonosze

Listopad 3, 2016

zachelmie15zachelmie9Untitled-1zachelmie18zachelmie19bzachelmie19zachelmie17zachelmie16zachelmie8zachelmie3zachelmie5zachelmie6zachelmie1

Jesień w Karkonoszach. Zachełmie, październik 2016.
uchwycone podczas warsztatów fotograficznych z Anitą Suchocką i Antoniną Dolani.