w domu

maj | tela

Lipiec 20, 2017

Maj zmienił wszystko. Piękny i słoneczny przyniósł ciszę i pustkę. Na zawsze.
Najgorsze są powroty, gdy nikt nie miauczy pod drzwiami.
W szafie nadal jest ulubiony koc, ukochane miejsce do spania.
Pudełko nadal stoi w korytarzu.

 

Wiem, że to nie miejsce na taki wpis, ale może ktoś znajdzie się w sytuacji takiej jak ja kilka miesięcy temu, będzie przeglądał internet w poszukiwaniu jakichkolwiek historii dających nadzieję, albo chociaż wskazówki co robić. I może historia naszej Paskudy, Teli, komuś pomoże.

Kot może mieć cukrzycę? Kot może mieć nowotwór, przechodzić chemioterapię?

Z tymi zdziwionymi głosami spotkaliśmy się w ostatnich miesiącach nie raz, i wiele rzeczy dla nas też było zupełnie nowych, dlatego właśnie ten wpis, bo okazało się, że tak naprawdę tak mało o kotach wiedzieliśmy.

Latem 2016 u naszej kotki zdiagnozowano cukrzycę. Mieliśmy szczęście, bo od dłuższego czasu byliśmy pod opieką świetnych lekarzy w Poznaniu, którzy na szczęście mieli o cukrzycy sporą wiedzę. Zmieniliśmy całkowicie dietę, pilnowaliśmy codziennych zastrzyków z insuliny (glargine) i po dokładnej kontroli wyników i dawek po około 6 tygodniach udało nam się unormować cukier i odstawić insulinę.

Dwa tygodnie później, tuż po naszej przeprowadzce do Gdańska, stan Teli pogorszył się niespodziewanie. Po pierwszych badaniach lekarze stwierdzili problem z nerkami, a w ciągu kolejnych dni biopsja potwierdziła najgorsze: nieuleczalny chłoniak nerek. Przez pierwsze dni kroplówki i sterydy utrzymywały Telę w nienajgorszej kondycji, była spokojna i dużo spała, a my w tym czasie musieliśmy podjąć decyzję co dalej.

Chłoniak nerek u kota – chemioterapia

Jedyną szansą była chemioterapia, choć z góry wiedzieliśmy, że będzie służyła tylko przedłużeniu życia, a nie wyleczeniu. Zwykle wydłuża życie o 2-10 miesięcy, wyobrażaliśmy sobie jednak, że będą to miesiące wypełnione stresem i ciągłymi wizytami u lekarzy (które Tela znosiła wyjątkowo źle), dlatego od początku byliśmy nastawieni raczej sceptycznie do tej ścieżki leczenia. Nie chcieliśmy się jednak poddać bez walki i w końcu, skierowani do poleconego nam trójmiejskiego onkologa, dr Mariusza Miazgi, zaryzykowaliśmy.  Doktor nie namawiał na chemioterapię, ale przedstawił wszystko dokładnie i rozwiał nasze wątpliwości i tak już przy pierwszej wizycie Tela dostała jednak pierwszą dawkę leków.

Siedem miesięcy później, na naszym ostatnim spotkaniu doktor wspomniał, że wiele osób pamięta z chemioterapii tylko te gorsze momenty i ostatecznie żałuje leczenia, dlatego cieszyły go nasze pozytywne wrażenia. I dlatego tez jednak napisałam tych kilka zdań,  bo nie umiem tego zupełnie zrozumieć. Rzeczywiście, w ciągu tych ostatnich miesięcy zdarzyły się gorsze dni, senne, słabsze, z małym apetytem, wizyty w klinice co 2-3 tygodnie też były pełne krzyku i atakowania lekarzy, ale poza nimi były też długie dni pełne energii, zabawy, mruczenia, radości. I tak naprawdę do samego końca pozostała jej ta energia, a decyzję o uśpieniu musieliśmy podjąć gdy pojawiło się nagłe pogorszenie, a wszystkie dostępne leki przestały działać.

Czy to znaczy, że polecamy chemioterapię każdemu?

Nie. Wszystko zależy od wielu czynników i przede wszystkim największą pomocą w podjęciu decyzji powinien być lekarz.  My mieliśmy akurat dużo szczęścia, bo nasza praca pozwalała nam na bycie z Telą cały czas w domu, mogliśmy poświęcić jej mnóstwo czasu, obserwować czy stan się nie pogarsza i w każdej chwili zabrać do szpitala, ale wiem, że nie każdy jest w takiej sytuacji. Zdecydowanie jednak jeśli są odpowiednie warunki, nie powinno bać się chemioterapii , tak jak właśnie baliśmy się na początku. Myśleliśmy wtedy, że przecież na sterydach czuje się dobrze, więc może lepiej dać jej te kilka tygodni spokoju, niż męczyć chemioterapią dodając może jakiś miesiąc, dwa. Dopiero po rozpoczęciu chemioterapii zobaczyliśmy jak bardzo poprawił się jej stan, i tak naprawdę jak mało sił i radości miała będąc wcześniej na samych lekach sterydowych. Koty znoszą chemię w większości bardzo dobrze, w naszym przypadku te gorsze momenty były tak sporadyczne, a te wspaniałe dni tak długie, że nie oddałabym za nic tego czasu i nie zmieniła nigdy naszej decyzji o leczeniu. I nie mamy słów, żeby podziękować wszystkim wspaniałym lekarzom, których spotkaliśmy, szczególnie doktorowi Miazdze, który przez cały czas był tak pomocny i zaangażowany, że mieliśmy wrażenie, że Tela jest jego jedyną pacjentką. Nie bał się też jej wściekłych krzyków i pazurów, za co tym bardziej podziwiamy, bo zdarzali się lekarze odmawiający jej leczenia.

Ostatecznie dzięki doktorowi dostaliśmy długie, piękne 7 miesięcy i nawet pomimo smutków i stresów związanych z leczeniem był to naprawdę cudowny czas. // Większość zdjęć powyżej została zrobiona już w czasie choroby.

polecamy:

podstawowa lektura:   Chłoniak u kota

lek.wet. Mariusz Miazga,  Gdynia/Gdańsk – Trójmiejska Klinika Weterynaryjna Continue Reading

Polska

sukulenty | rumia

Kwiecień 13, 2017

 

Jeśli macie wrażenie, że już widzieliście te zdjęcia, to po prostu kolejna wizyta w jednym z moich ulubionych miejsc na pomorzu. Tak, zdecydowanie jednym z plusów naszej przeprowadzki do Trójmiasta, jest to, że wycieczka do hodowli sukulentów w Rumi zajmuje mi teraz tylko godzinę 😉 Uwielbiam przechadzać się w tamtejszej szklarni i zawsze wychodzę zachwycona, więc najchętniej zaglądałabym tam przynajmniej raz w tygodniu, ale staram się powstrzymywać, głównie z powodu kończącego się już miejsca na parapetach i troski o portfel. Miło jest jednak zajrzeć chociażby co kilka miesięcy, żeby zobaczyć jak pięknie zmieniają się też barwy sukulentów. Tym razem zamiast typowej zieleni, mieniły się pięknymi odcieniami fioletu, różu i nawet turkusu. Cudowny widok, szczególnie w dziale z tymi najmniejszymi doniczkami.

Hodowla w Rumi (lub też wystawa kaktusów i sukulentów) to cały przekrój – od „przedszkola”, czyli rzędów tacek, gdzie z pojedynczych listków powstają nowe rośliny, przez małe sukulenty dostępne już na sprzedaż (tylko 5zł za sztukę), aż po duże okazy – w dużej części niedostępne na sprzedaż. Te największe są oczywiście przepiękne, ale na szczęście mini-sukulenty są przeurocze, więc zwykle nie smuci mnie, że tylko z nimi wracam do domu. (Czasem warto też po prostu zapytać, ostatnio wypatrzyłam dużą doniczkę z moim ulubionym sedum burrito i po małych negocjacjach też udało mi się ją kupić.)

kaktusiarnia rumia aloeskaktusiarnia mini sukulenty na ślub

Jakiś czas temu dostałam przez pomyłkę maila z pytaniem o małe sukulenty na ślub – miały być użyte jako prezent dla gości weselnych. Odesłałam panią do Kaktusiarni, chyba z dobrym skutkiem, bo przechadzając się tym razem między rzędami małych doniczek, znalazłam odłożoną na zamówienie sporą część mini roślinek. A nawet jeśli to nie na ten ślub, to może ktoś inny akurat się skusił –  ja sama dużo bardziej ucieszyłabym się z małej uroczej roślinki, którą mogę zabrać do domu, niż z figurek czy magnesów, z którymi nigdy nie wiem co zrobić. Widywałam już sukulenty jako dekoracje ślubne, na stołach czy przy tortach, wykorzystanie ich jako mały prezent dla gości wydaje mi się równie miłym pomysłem, mam nadzieję, że zdarzy mi się jeszcze fotografować takie kaktusowo/sukulentowe śluby 😉

Tymczasem przygarnęłam kilka ulubionych sukulentów i nawet dwa małe liście opuncji – choć długo wzbraniałam się przed samymi kaktusami. Okazało się jednak, że przed kolcami łatwo się obronić, a opuncje dodają tylko uroku mojej małej domowej kolekcji.

rumia wystawa kaktusówrumia hodowla kaktusów szklarnia różnokolorowe mini sukulentykaktusy rumia hodowla wystawakaktusiarnia rumia hodowlna wystawa szklarnia propagacja sukulentów rumia hodowla wystawakaktusiarnia rumia wiszący sukulentmini sukulenty na ślub kolorowe

 

miejsce: Kaktusiarnia,
Hodowla Kaktusów i innych sukulentów, Rumia k/Gdyni

 

Budapeszt

dzielnice budapesztu

Styczeń 24, 2017

Znów powracam do Budapesztu, o którym mam tyle opowieści, że zupełnie nie wiem jak je uporządkować. Negatywy nie mają dat i nie były wywoływane na bieżąco, dlatego nie będzie tu już chronologicznej ciągłości, skupię się raczej na miejscach, które były tam dla mnie ważne. Zanim jednak pokażę dokładne ulice, kawiarnie czy place, potrzebne jest małe wprowadzenie, przegląd głównych dzielnic.  W Budapeszcie ten podział jest szczególnie ważny, zwłaszcza gdy zostajemy tam na dłużej. Nazwy ulic występują wielokrotnie w całym mieście – szukając więc nowych adresów zawsze musimy znać też numer dzielnicy. Każda z nich ma swój własny charakter, czasami tak wyraźny i inny niż jej sąsiedzi, że często miałam wrażenie jakbym wędrowała pomiędzy zupełnie różnymi miastami. Ale każda z dzielnic to też poszczególne fragmenty, często o zupełnie różnym klimacie, dlatego niezwykle ciężko jest wybrać jedno zdjęcie do każdej z nich i opisać je w jednym miejscu, i dlatego też już niedługo postaram się przygotować małe fotograficzne spacery po moich ulubionych fragmentach węgierskiej stolicy. Nie będzie tu jednak przewodnika po głównych zabytkach i atrakcjach, a raczej moje bardzo subiektywne i zupełnie niepraktyczne spojrzenie na miasto. Dużo ulic, budynków, zaułków. Tych ulubionych i tych, których czasem się bałam.

Buda

Dzielnica I  | Várkerület (Dzielnica Zamkowa)

img1249

Pierwsza dzielnica to nie tylko sam zamek, to też jego okolice pomiędzy wzgórzami. Willowe domy, eleganckie kamienice, deptak nad wodą, którym często spacerowaliśmy wieczorami. To też część po drugiej stronie wzgórza, do której można dostać się przez długi tunel, i do której jeździliśmy na najlepszą gorącą lemoniadę i po najładniejsze pocztówki w mieście.

Dzielnica II

img922

Czy to nie smutne, że druga dzielnica nie ma żadnej oficjalnej nazwy? Przyjeżdżaliśmy do niej głównie do łaźni, kilku miłych kawiarni i mojego ulubionego sklepu z zabawkami. Czasem też do parku Millenaris, który pasowałby chyba bardziej do Kopenhagi niż Węgier, a do którego przyciągały nas co jakiś czas targi designu.

Dzielnica III  |  Óbuda (Stara Buda)

img078

To tylko kilka przystanków autobusem wzdłuż wybrzeża Budy, a nagle krajobraz miasta zmienia się nie do poznania. Właściwie to już nie Buda, a trzecie, osobne miasto. Mały rynek, dookoła niego stare, niskie domy, a zaraz obok ruiny rzymskiego Aquincum, gdzieś pomiędzy szarymi budynkami. Przedziwne miejsce.

Dzielnica XI  |  Újbuda (Nowa Buda)

img284

Skupiona dookoła pięknej Béla Bartók ut, jedenasta dzielnica to chyba dość żywy zakątek Budy. Wiele osób odwiedza go zaglądając do hotelu i łaźni Gellerta, ale warto przejść się trochę dalej piękną szeroką aleją, na której stare żółte tramwaje wyglądają szczególnie uroczo. Tuż przy niej znajdziemy kilka miłych kawiarni, polsko-węgierską księgarnię Gdańsk czy też dziwno-urocze sklepiki, jak ten ze znaczkami czy wszystkim, co potrzebne do zrobienia ciast i tortów.

Pest

Dzielnica V  |  Belvaros & Lipotvaros (Śródmieście – Miasto Leopolda)

img1495

Piąta dzielnica to ścisłe centrum, choć też podzielone na dwa bardzo duże i bardzo różne fragmenty. Belvaros to głównie turystyczne deptaki, sklepy z pamiątkami i drogie restauracje, ale też m.in. mój ulubiony park Károlyi-kert, przytulne kawiarnie tuż obok i niesamowite budynki jak tajemniczy Parisi Udvar. Lipotvaros tymczasem jest już spokojniejsze, skrywające wielkie muzea i dostojne budynki, z Bazyliką i Parlamentem na czele.

Dzielnica VI |  Terézváros (Miasto Teresy)

img041

Dzielnica, którą charakteryzuje się głównie poprzez wielką elegancką aleję Andrassy’ego, ale eleganckie domy i szereg muzeów i ambasad to jedno oblicze „szóstki”, drugie – dużo bardziej zróżnicowane, ukryte jest w szeregu uliczek obok wielkiej alei. Poznaliśmy je wszystkie dość dobrze, mieszkaliśmy w końcu na jednej z nich. Mam wrażenie, że atmosfera dzielnicy zmieniała się tam co kilka ulic, a to jak zapamiętamy ten fragment miasta, zależy od tego na której stacji żółtego metra wysiądziemy.

Dzielnica VII | Erzsébetváros (Miasto Elżbiety)

f277753503

Jedna z najbardziej popularnych dzielnic w ścisłym centrum. Najbardziej znany jej fragment to dzielnica Żydowska, w której nie tylko synagogi, ale też chociażby specyficzny rozkład budynków reprezentują tą twarz Budapesztu. To tu znajdziemy najpopularniejsze ruin pubs i dziesiątki innych barów i restauracji. Zawsze pełna ludzi i trochę głośniejsza niż jej sąsiedzi.  Z drugiej strony siódemka to też ulice bliżej parku i dworca Keleti, o zupełnie innym charakterze niż jej imprezowe centrum. Rejony bardziej „mieszkalne”, z nieco inną architekturą niż w sąsiednich fragmentach – znajdziemy tam raczej nie monumentalne kamienice a niższe budynki ukryte za rzędami drzew. Jedne z naszych częstszych tras spacerowych, choć pewnie też dlatego, że były po prostu „po drodze” do domu.

Dzielnica VIII | Józsefváros (Miasto Józefa)

Ósma dzielnica nie ma najlepszej reputacji, ale jak to zwykle w takich przypadkach bywa, rzeczywistość okazuje się mniej dramatyczna niż wszelkie krążące opowieści. Szczególnie, że patrząc na mapę zauważamy od razu jak wielka jest ta część miasta, co oznacza, że będzie miała swoje lepsze i gorsze fragmenty.  Fakt, ulice są bardziej zaniedbane niż w innych dzielnicach, zaułki nieco mroczniejsze, ale można znaleźć też żywe fragmenty z gwarnymi kawiarniami, jak np okolice placu Mikszáth Kálmán tér. Nie spędziliśmy w niej tak dużo czasu jak w innych dzielnicach, czego zdecydowanie żałuję, a jeśli już to zagłębialiśmy się tylko w okolicę dworca Keleti, ale za każdym razem gdy zawędrowaliśmy gdziekolwiek dalej, czułam że to chyba najbardziej fascynująca część miasta.

Dzielnica IX  |  Ferencváros (Miasto Franciszka)

img085

Z dzielnic, które odwiedzaliśmy, o tej zdecydowanie wiem najmniej. Oczywiście często zaglądaliśmy do głównej Hali Targowej, ale to przecież sam skraj dziewiątej dzielnicy, zupełnie inny niż jej wewnętrzne ulice. Czasami zdarzyło się nam zajrzeć też do parku nad rzeką, i była to chyba nasza ulubiona trasa spacerowa nad wodą (może dlatego, że zawsze gdy tam byliśmy światło było niesamowite!). Kilka razy wsiedliśmy w przypadkowe tramwaje, czasem kolejki, zobaczyliśmy nowe mosty i wielkie parki. Dzielnica zawsze kusiła gdy wracaliśmy z pobliskiego klubu na łodzi, a38, ale w porównaniu do reszty miasta były to wizyty bardzo sporadyczne.

Dzielnica XIII |  Újlipótváros & Angyalföld

img039Ach, trzynasta dzielnica. Z nią miałam chyba najbardziej burzliwy „związek”. Pierwsza wizyta zupełnie nieudana, zraziła mnie do tej nudnej części miasta – jak wtedy pomyślałam. Ale dałam jej szansę i teraz gdybym miała wybrać gdzie szukać kolejnego budapesztańskiego mieszkania, pewnie byłaby to właśnie trzynastka.  Pierwsza część, odległe Angyalföld, to głównie duże osiedla bloków i szklanych biurowców. Zupełnie poza turystyczną mapą, chociaż nam zdarzało się tam czasem zawędrować, testując alternatywne ścieżki powrotu do domu. Újlipótváros tymczasem,  Nowe Miasto Leopolda, to już fantastycznie wielkie kamienice, secesja przeplatająca się z bauhausem. Niektóre fragmenty bardzo puste i zupełnie nieciekawe, ale gdy trafi się na odpowiednią ulicę, okazuje się, że to jeden z żywszych fragmentów miasta. Małe urocze sklepiki, przytulne kawiarnie i kilka naprawdę dobrych restauracji. Do tego wszystko jakby ukryte przed hałaśliwym tłumem.

Dzielnica XIV  | Zugló

img654

Zugló dla turystów to przede wszystkim Plac Bohaterów i park Városliget, choć ja zwykle traktowałam je bardziej jako zakończenie naszej szóstej dzielnicy. Dobrze pamiętam za to moją pierwszą wizytę w Zugló „po drugiej stronie” (parku), kiedy to nie mogłam uwierzyć, że to nadal Budapeszt. Później przeczytałam gdzieś, że stacja na której wysiadłam, Mexikoi ut, to najbrzydszy punkt stolicy. Kolejne wizyty nie były już tak dramatyczne, choć zwykle tylko „przejazdem”, gdzieś w drodze do dalszych punktów. Podobno to typowa miła i zadbana dzielnica mieszkalna, i to chyba prawda, zawsze kiedy tamtędy przejeżdżałam miałam wrażenie, że obserwuję takie typowe, normalne budapesztańskie życie.

Margit Sziget | Wyspa Małgorzaty

img054

Wyspa należy teoretycznie do XIII dzielnicy, ale zdecydowanie należy jej się osobny akapit. Długo nie mogłam się do niej przekonać, omijałam ją z daleka, traktując jako kolejny nudny park. Dopiero pod koniec, wiosną, daliśmy się przekonać, przemierzyliśmy ją kilkukrotnie, doceniając różnorodność (i wielkość!). Może też spodobała nam się bardziej, kiedy odwiedziliśmy ją od północnej strony, spacerując wcześniej przez odległe zakamarki XIII dzielnicy.

Dzielnic w Budapeszcie jest oczywiście dużo więcej, łącznie 23, nie do wszystkich jednak udało nam się zajrzeć. W niektórych byliśmy tylko raz, przejazdem, lub nie zrobiliśmy dość dobrych zdjęć. I z jednej strony polecam zajrzeć do dzielnic, które nie mieszczą się na typowej turystycznej mapie, a z drugiej – samo centrum też kryje przecież tyle niesamowitych miejsc, że trzeba mieć naprawdę mnóstwo czasu, żeby je wszystkie odwiedzić. Budapeszt jest dla mnie po prostu niekończącym się miastem, mogę spacerować tymi samymi ulicami wielokrotnie, bo zawsze jest w nich coś ciekawego, i będę też zawsze tęsknić za tymi fragmentami, w których jeszcze nie byłam. Nie znam też chyba żadnego innego miejsca, które miałoby tak spójny charakter, mimo że każda dzielnica snuje swoją osobną historię.

 

Polska

gdańsk | mroźny styczeń

Styczeń 11, 2017

Ach, ile to ja czekałam, żeby móc dodać tu takie zdjęcia! Ostatnią tak pięknie mroźną zimę pamiętam jeszcze z czasów, kiedy mieszkałam w Szwecji, czyli aż sprzed pięciu lat!
Tak tęskniłam za śniegiem skrzypiącym pod butami, za cudownym zimowym słońcem, za mroźnym powietrzem. Nawet jeśli to wszystko zniknie za kilka dni, to i tak ten moment prawdziwej zimy dał mi mnóstwo energii, i mnóstwo radości (na tyle, że nawet odważyłam się stanąć po drugiej stronie aparatu ;)) Wiem, że wiele osób wyczekuje już ciepłej wiosny, ale dla mnie taka słoneczna zima mogłaby trwać jeszcze długo, wystarczą mi ciepłe buty, gruby szalik i dużo gorącej herbaty 🙂

Polska

w lesie

Grudzień 16, 2016

Rok temu w Wigilię, kiedy wszyscy jeszcze spali, pojechaliśmy do lasu. Nie zdarza się to aż tak często, jakbym chciała – może dlatego, że na co dzień nie korzystamy z samochodu, a parki w mieście to zupełnie nie to samo. Tym milej wspominam tamten mroźny poranek. Mgła, rześkie grudniowe powietrze i ciepłe wschodzące słońce. I małe sarny biegające w oddali. Dziś tak bardzo brakuje mi lasu, że nawet te kilka starych zdjęć trochę pomaga, trochę uspokaja. Niekończące się przeziębienia trzymają nas w domu, w mieście, wśród dymiących kominów. I choć ten niezdrowy, przepełniający stare dzielnice zapach też w pewien sposób miło mi się kojarzy, dużo chętniej zamieniłabym go na woń żywicy i mokrej gleby. Kiedy już wszyscy wyzdrowiejemy, obiecuję sobie zrobić przerwę od miasta i uciec gdzieś do cichego, dzikiego lasu.

las01dsc_4650DSC_4529blas02las04las07las05las08las06dsc_4640DSC_4609b

Polska

zachełmie | karkonosze

Listopad 3, 2016

zachelmie15zachelmie9Untitled-1zachelmie18zachelmie19bzachelmie19zachelmie17zachelmie16zachelmie8zachelmie3zachelmie5zachelmie6zachelmie1

Jesień w Karkonoszach. Zachełmie, październik 2016.
uchwycone podczas warsztatów fotograficznych z Anitą Suchocką i Antoniną Dolani.

Polska

wrzesień

Wrzesień 24, 2016

IMG_0418DSCF7571DSCF7032DSCF7521DSCF7790DSC_1962

 

Nic nie zapowiadało takiego września.
Nasz nowy, tymczasowy dom znaleźliśmy w Gdańsku. Walczymy z brakiem czasu, cieszymy się słońcem.
Poznajemy miasto na nowo, łapiemy chwile na  starych kliszach. Tęsknimy za Poznaniem.

Kopenhaga

lato na północy | kopenhaga

Sierpień 3, 2016

copenhagen_traveldiary_analog_01copenhagen_traveldiary_analog_03copenhagen_traveldiary_analog_04copenhagen_traveldiary_analogcopenhagen_traveldiary_analog_06copenhagen_traveldiary_analog_08 analog_copenhagencopenhagen_traveldiary_analog_07

Za oknem chłodny wiatr, deszczowe chmury. Zbliżający się koniec lata. Smutna aura za oknem skłoniła mnie do powrotu do starych zdjęć. I przypomniała, o wieczorach w Kopenhadze, spacerach nad wodą, ciepłym słońcu nad kolorowymi kamienicami. O północnym lecie, pełnym rześkiego powietrza.

Polska

opole | laba na wyspie

Lipiec 19, 2016

Właśnie złapałam się na tym, że to chyba pierwszy raz, kiedy wspominam o swoim rodzinnym Opolu na blogu (i to nie tylko tym, ale i poprzednim, który prowadziłam przecież dużo dłużej). Cóż, może dlatego, że przez 18 lat było moją codziennością – taką, którą mija się bez większego zastanowienia, i jeśli pojawiało się na zdjęciach to tylko jako tło dla niezliczonych portretów. Teraz wracam do niego co kilka miesięcy, żeby zajrzeć na chwilę do domu, przepakować rzeczy i sprawdzić co słychać u kilku znajomych. Dzisiejszy wpis to kilka migawek z jednego z moich ulubionych miejsc, które odwiedzam chyba za każdym razem, kiedy jestem w domu. Laba, w sercu zielonej wyspy Bolko, przyciąga pysznym jedzeniem, dobrym piwem, plenerowym kinem. Jeśli kiedyś zagubicie się gdzieś w okolicach Opola, zajrzyjcie tam koniecznie 😉

DCI_3071-2DCI_3163DCI_3136Untitled-2bDCI_3146DCI_3157DCI_3154DCI_3142DCI_3159