Budapeszt

dzielnice budapesztu

Styczeń 24, 2017

Znów powracam do Budapesztu, o którym mam tyle opowieści, że zupełnie nie wiem jak je uporządkować. Negatywy nie mają dat i nie były wywoływane na bieżąco, dlatego nie będzie tu już chronologicznej ciągłości, skupię się raczej na miejscach, które były tam dla mnie ważne. Zanim jednak pokażę dokładne ulice, kawiarnie czy place, potrzebne jest małe wprowadzenie, przegląd głównych dzielnic.  W Budapeszcie ten podział jest szczególnie ważny, zwłaszcza gdy zostajemy tam na dłużej. Nazwy ulic występują wielokrotnie w całym mieście – szukając więc nowych adresów zawsze musimy znać też numer dzielnicy. Każda z nich ma swój własny charakter, czasami tak wyraźny i inny niż jej sąsiedzi, że często miałam wrażenie jakbym wędrowała pomiędzy zupełnie różnymi miastami. Ale każda z dzielnic to też poszczególne fragmenty, często o zupełnie różnym klimacie, dlatego niezwykle ciężko jest wybrać jedno zdjęcie do każdej z nich i opisać je w jednym miejscu, i dlatego też już niedługo postaram się przygotować małe fotograficzne spacery po moich ulubionych fragmentach węgierskiej stolicy. Nie będzie tu jednak przewodnika po głównych zabytkach i atrakcjach, a raczej moje bardzo subiektywne i zupełnie niepraktyczne spojrzenie na miasto. Dużo ulic, budynków, zaułków. Tych ulubionych i tych, których czasem się bałam.

Buda

Dzielnica I  | Várkerület (Dzielnica Zamkowa)

img1249

Pierwsza dzielnica to nie tylko sam zamek, to też jego okolice pomiędzy wzgórzami. Willowe domy, eleganckie kamienice, deptak nad wodą, którym często spacerowaliśmy wieczorami. To też część po drugiej stronie wzgórza, do której można dostać się przez długi tunel, i do której jeździliśmy na najlepszą gorącą lemoniadę i po najładniejsze pocztówki w mieście.

Dzielnica II

img922

Czy to nie smutne, że druga dzielnica nie ma żadnej oficjalnej nazwy? Przyjeżdżaliśmy do niej głównie do łaźni, kilku miłych kawiarni i mojego ulubionego sklepu z zabawkami. Czasem też do parku Millenaris, który pasowałby chyba bardziej do Kopenhagi niż Węgier, a do którego przyciągały nas co jakiś czas targi designu.

Dzielnica III  |  Óbuda (Stara Buda)

img078

To tylko kilka przystanków autobusem wzdłuż wybrzeża Budy, a nagle krajobraz miasta zmienia się nie do poznania. Właściwie to już nie Buda, a trzecie, osobne miasto. Mały rynek, dookoła niego stare, niskie domy, a zaraz obok ruiny rzymskiego Aquincum, gdzieś pomiędzy szarymi budynkami. Przedziwne miejsce.

Dzielnica XI  |  Újbuda (Nowa Buda)

img284

Skupiona dookoła pięknej Béla Bartók ut, jedenasta dzielnica to chyba dość żywy zakątek Budy. Wiele osób odwiedza go zaglądając do hotelu i łaźni Gellerta, ale warto przejść się trochę dalej piękną szeroką aleją, na której stare żółte tramwaje wyglądają szczególnie uroczo. Tuż przy niej znajdziemy kilka miłych kawiarni, polsko-węgierską księgarnię Gdańsk czy też dziwno-urocze sklepiki, jak ten ze znaczkami czy wszystkim, co potrzebne do zrobienia ciast i tortów.

Pest

Dzielnica V  |  Belvaros & Lipotvaros (Śródmieście – Miasto Leopolda)

img1495

Piąta dzielnica to ścisłe centrum, choć też podzielone na dwa bardzo duże i bardzo różne fragmenty. Belvaros to głównie turystyczne deptaki, sklepy z pamiątkami i drogie restauracje, ale też m.in. mój ulubiony park Károlyi-kert, przytulne kawiarnie tuż obok i niesamowite budynki jak tajemniczy Parisi Udvar. Lipotvaros tymczasem jest już spokojniejsze, skrywające wielkie muzea i dostojne budynki, z Bazyliką i Parlamentem na czele.

Dzielnica VI |  Terézváros (Miasto Teresy)

img041

Dzielnica, którą charakteryzuje się głównie poprzez wielką elegancką aleję Andrassy’ego, ale eleganckie domy i szereg muzeów i ambasad to jedno oblicze „szóstki”, drugie – dużo bardziej zróżnicowane, ukryte jest w szeregu uliczek obok wielkiej alei. Poznaliśmy je wszystkie dość dobrze, mieszkaliśmy w końcu na jednej z nich. Mam wrażenie, że atmosfera dzielnicy zmieniała się tam co kilka ulic, a to jak zapamiętamy ten fragment miasta, zależy od tego na której stacji żółtego metra wysiądziemy.

Dzielnica VII | Erzsébetváros (Miasto Elżbiety)

f277753503

Jedna z najbardziej popularnych dzielnic w ścisłym centrum. Najbardziej znany jej fragment to dzielnica Żydowska, w której nie tylko synagogi, ale też chociażby specyficzny rozkład budynków reprezentują tą twarz Budapesztu. To tu znajdziemy najpopularniejsze ruin pubs i dziesiątki innych barów i restauracji. Zawsze pełna ludzi i trochę głośniejsza niż jej sąsiedzi.  Z drugiej strony siódemka to też ulice bliżej parku i dworca Keleti, o zupełnie innym charakterze niż jej imprezowe centrum. Rejony bardziej „mieszkalne”, z nieco inną architekturą niż w sąsiednich fragmentach – znajdziemy tam raczej nie monumentalne kamienice a niższe budynki ukryte za rzędami drzew. Jedne z naszych częstszych tras spacerowych, choć pewnie też dlatego, że były po prostu „po drodze” do domu.

Dzielnica VIII | Józsefváros (Miasto Józefa)

Ósma dzielnica nie ma najlepszej reputacji, ale jak to zwykle w takich przypadkach bywa, rzeczywistość okazuje się mniej dramatyczna niż wszelkie krążące opowieści. Szczególnie, że patrząc na mapę zauważamy od razu jak wielka jest ta część miasta, co oznacza, że będzie miała swoje lepsze i gorsze fragmenty.  Fakt, ulice są bardziej zaniedbane niż w innych dzielnicach, zaułki nieco mroczniejsze, ale można znaleźć też żywe fragmenty z gwarnymi kawiarniami, jak np okolice placu Mikszáth Kálmán tér. Nie spędziliśmy w niej tak dużo czasu jak w innych dzielnicach, czego zdecydowanie żałuję, a jeśli już to zagłębialiśmy się tylko w okolicę dworca Keleti, ale za każdym razem gdy zawędrowaliśmy gdziekolwiek dalej, czułam że to chyba najbardziej fascynująca część miasta.

Dzielnica IX  |  Ferencváros (Miasto Franciszka)

img085

Z dzielnic, które odwiedzaliśmy, o tej zdecydowanie wiem najmniej. Oczywiście często zaglądaliśmy do głównej Hali Targowej, ale to przecież sam skraj dziewiątej dzielnicy, zupełnie inny niż jej wewnętrzne ulice. Czasami zdarzyło się nam zajrzeć też do parku nad rzeką, i była to chyba nasza ulubiona trasa spacerowa nad wodą (może dlatego, że zawsze gdy tam byliśmy światło było niesamowite!). Kilka razy wsiedliśmy w przypadkowe tramwaje, czasem kolejki, zobaczyliśmy nowe mosty i wielkie parki. Dzielnica zawsze kusiła gdy wracaliśmy z pobliskiego klubu na łodzi, a38, ale w porównaniu do reszty miasta były to wizyty bardzo sporadyczne.

Dzielnica XIII |  Újlipótváros & Angyalföld

img039Ach, trzynasta dzielnica. Z nią miałam chyba najbardziej burzliwy „związek”. Pierwsza wizyta zupełnie nieudana, zraziła mnie do tej nudnej części miasta – jak wtedy pomyślałam. Ale dałam jej szansę i teraz gdybym miała wybrać gdzie szukać kolejnego budapesztańskiego mieszkania, pewnie byłaby to właśnie trzynastka.  Pierwsza część, odległe Angyalföld, to głównie duże osiedla bloków i szklanych biurowców. Zupełnie poza turystyczną mapą, chociaż nam zdarzało się tam czasem zawędrować, testując alternatywne ścieżki powrotu do domu. Újlipótváros tymczasem,  Nowe Miasto Leopolda, to już fantastycznie wielkie kamienice, secesja przeplatająca się z bauhausem. Niektóre fragmenty bardzo puste i zupełnie nieciekawe, ale gdy trafi się na odpowiednią ulicę, okazuje się, że to jeden z żywszych fragmentów miasta. Małe urocze sklepiki, przytulne kawiarnie i kilka naprawdę dobrych restauracji. Do tego wszystko jakby ukryte przed hałaśliwym tłumem.

Dzielnica XIV  | Zugló

img654

Zugló dla turystów to przede wszystkim Plac Bohaterów i park Városliget, choć ja zwykle traktowałam je bardziej jako zakończenie naszej szóstej dzielnicy. Dobrze pamiętam za to moją pierwszą wizytę w Zugló „po drugiej stronie” (parku), kiedy to nie mogłam uwierzyć, że to nadal Budapeszt. Później przeczytałam gdzieś, że stacja na której wysiadłam, Mexikoi ut, to najbrzydszy punkt stolicy. Kolejne wizyty nie były już tak dramatyczne, choć zwykle tylko „przejazdem”, gdzieś w drodze do dalszych punktów. Podobno to typowa miła i zadbana dzielnica mieszkalna, i to chyba prawda, zawsze kiedy tamtędy przejeżdżałam miałam wrażenie, że obserwuję takie typowe, normalne budapesztańskie życie.

Margit Sziget | Wyspa Małgorzaty

img054

Wyspa należy teoretycznie do XIII dzielnicy, ale zdecydowanie należy jej się osobny akapit. Długo nie mogłam się do niej przekonać, omijałam ją z daleka, traktując jako kolejny nudny park. Dopiero pod koniec, wiosną, daliśmy się przekonać, przemierzyliśmy ją kilkukrotnie, doceniając różnorodność (i wielkość!). Może też spodobała nam się bardziej, kiedy odwiedziliśmy ją od północnej strony, spacerując wcześniej przez odległe zakamarki XIII dzielnicy.

Dzielnic w Budapeszcie jest oczywiście dużo więcej, łącznie 23, nie do wszystkich jednak udało nam się zajrzeć. W niektórych byliśmy tylko raz, przejazdem, lub nie zrobiliśmy dość dobrych zdjęć. I z jednej strony polecam zajrzeć do dzielnic, które nie mieszczą się na typowej turystycznej mapie, a z drugiej – samo centrum też kryje przecież tyle niesamowitych miejsc, że trzeba mieć naprawdę mnóstwo czasu, żeby je wszystkie odwiedzić. Budapeszt jest dla mnie po prostu niekończącym się miastem, mogę spacerować tymi samymi ulicami wielokrotnie, bo zawsze jest w nich coś ciekawego, i będę też zawsze tęsknić za tymi fragmentami, w których jeszcze nie byłam. Nie znam też chyba żadnego innego miejsca, które miałoby tak spójny charakter, mimo że każda dzielnica snuje swoją osobną historię.

 

Polska

gdańsk | mroźny styczeń

Styczeń 11, 2017

Ach, ile to ja czekałam, żeby móc dodać tu takie zdjęcia! Ostatnią tak pięknie mroźną zimę pamiętam jeszcze z czasów, kiedy mieszkałam w Szwecji, czyli aż sprzed pięciu lat!
Tak tęskniłam za śniegiem skrzypiącym pod butami, za cudownym zimowym słońcem, za mroźnym powietrzem. Nawet jeśli to wszystko zniknie za kilka dni, to i tak ten moment prawdziwej zimy dał mi mnóstwo energii, i mnóstwo radości (na tyle, że nawet odważyłam się stanąć po drugiej stronie aparatu ;)) Wiem, że wiele osób wyczekuje już ciepłej wiosny, ale dla mnie taka słoneczna zima mogłaby trwać jeszcze długo, wystarczą mi ciepłe buty, gruby szalik i dużo gorącej herbaty 🙂

Polska

w lesie

Grudzień 16, 2016

Rok temu w Wigilię, kiedy wszyscy jeszcze spali, pojechaliśmy do lasu. Nie zdarza się to aż tak często, jakbym chciała – może dlatego, że na co dzień nie korzystamy z samochodu, a parki w mieście to zupełnie nie to samo. Tym milej wspominam tamten mroźny poranek. Mgła, rześkie grudniowe powietrze i ciepłe wschodzące słońce. I małe sarny biegające w oddali. Dziś tak bardzo brakuje mi lasu, że nawet te kilka starych zdjęć trochę pomaga, trochę uspokaja. Niekończące się przeziębienia trzymają nas w domu, w mieście, wśród dymiących kominów. I choć ten niezdrowy, przepełniający stare dzielnice zapach też w pewien sposób miło mi się kojarzy, dużo chętniej zamieniłabym go na woń żywicy i mokrej gleby. Kiedy już wszyscy wyzdrowiejemy, obiecuję sobie zrobić przerwę od miasta i uciec gdzieś do cichego, dzikiego lasu.

las01dsc_4650DSC_4529blas02las04las07las05las08las06dsc_4640DSC_4609b

Polska

zachełmie | karkonosze

Listopad 3, 2016

zachelmie15zachelmie9Untitled-1zachelmie18zachelmie19bzachelmie19zachelmie17zachelmie16zachelmie8zachelmie3zachelmie5zachelmie6zachelmie1

Jesień w Karkonoszach. Zachełmie, październik 2016.
uchwycone podczas warsztatów fotograficznych z Anitą Suchocką i Antoniną Dolani.

Polska

wrzesień

Wrzesień 24, 2016

IMG_0418DSCF7571DSCF7032DSCF7521DSCF7790DSC_1962

 

Nic nie zapowiadało takiego września.
Nasz nowy, tymczasowy dom znaleźliśmy w Gdańsku. Walczymy z brakiem czasu, cieszymy się słońcem.
Poznajemy miasto na nowo, łapiemy chwile na  starych kliszach. Tęsknimy za Poznaniem.

Kopenhaga

lato na północy | kopenhaga

Sierpień 3, 2016

copenhagen_traveldiary_analog_01copenhagen_traveldiary_analog_03copenhagen_traveldiary_analog_04copenhagen_traveldiary_analogcopenhagen_traveldiary_analog_06copenhagen_traveldiary_analog_08 analog_copenhagencopenhagen_traveldiary_analog_07

Za oknem chłodny wiatr, deszczowe chmury. Zbliżający się koniec lata. Smutna aura za oknem skłoniła mnie do powrotu do starych zdjęć. I przypomniała, o wieczorach w Kopenhadze, spacerach nad wodą, ciepłym słońcu nad kolorowymi kamienicami. O północnym lecie, pełnym rześkiego powietrza.

Polska

opole | laba na wyspie

Lipiec 19, 2016

Właśnie złapałam się na tym, że to chyba pierwszy raz, kiedy wspominam o swoim rodzinnym Opolu na blogu (i to nie tylko tym, ale i poprzednim, który prowadziłam przecież dużo dłużej). Cóż, może dlatego, że przez 18 lat było moją codziennością – taką, którą mija się bez większego zastanowienia, i jeśli pojawiało się na zdjęciach to tylko jako tło dla niezliczonych portretów. Teraz wracam do niego co kilka miesięcy, żeby zajrzeć na chwilę do domu, przepakować rzeczy i sprawdzić co słychać u kilku znajomych. Dzisiejszy wpis to kilka migawek z jednego z moich ulubionych miejsc, które odwiedzam chyba za każdym razem, kiedy jestem w domu. Laba, w sercu zielonej wyspy Bolko, przyciąga pysznym jedzeniem, dobrym piwem, plenerowym kinem. Jeśli kiedyś zagubicie się gdzieś w okolicach Opola, zajrzyjcie tam koniecznie 😉

DCI_3071-2DCI_3163DCI_3136Untitled-2bDCI_3146DCI_3157DCI_3154DCI_3142DCI_3159

Polska

festiwalowe lato | open’er

Czerwiec 24, 2016

Początek lipca od 10 lat spędzamy w Gdyni (wow, ale ten czas leci!). Open’er był pierwszym festiwalem na jaki pojechałam, spełnił kilka moich nastoletnich muzycznych marzeń, zachwycił atmosferą, no i tak jakoś już zostało.  Teraz to takie rozpoczęcie wakacji, wiadomo – czasem bywają gorsze edycje, ale jednak lato bez Openera byłoby jakieś „niepełne”. Bywało okropnie gorąco, bywało zimno i burzowo. Pamiętam bezowocne poszukiwania kaloszy w Trójmieście, albo zastanawianie się czy po koncertach znajdziemy namiot w tym samym miejscu, czy może w jeziorze kawałek obok. Dużo znajomych, poranne spacery na plażę, leniwe przedpołudnia gdzieś w na trawie, wycieczki do Gdyni, wspólne narzekanie na słońce albo jego brak. I bieganie na kolejne koncerty. Jak zwykle, nie jestem najlepsza w układaniu słów, więc mam nadzieję, że zdjęcia trochę lepiej przemycają openerową atmosferę. Enjoy!

img1478opener festival selfieopener festiwal zachód słońca gdyniaopener festival kosakowo na trawieopener festival opaski festiwaloweopener festival śpiącoopener festiwal ludzie zachód słońcaopener festiwal journalist ola kęprowskaopener gdynia piwo zachódopener gazeta festiwalowaopener festiwal scena głównaopener czekanie na koncertopener festival gdynia mgłaopener gdynia deszczopener gdynia przystanek autobusimg462b Joanna Frota Kurkowska Skullcatcherimg405img431opener festival plan koncertówopener festival gdynia interpolopener festival pole namiotoweopener trampkiheineken opener festival nocopener gdynia pole namiotoweopener gdynia scena główna teren opener gdynia deszcz błotoopener gdynia koncert nocopener koncert bon iveropener koncert bat for lashesopener powrót noc cienie

Polska

lublin | festiwal kontynenty

Czerwiec 10, 2016

 

W naszych kalendarzach zdecydowanie przeważają festiwale muzyczne, ale od pewnego czasu zdarza nam się zaglądać na te poświęcone podróżom (i to właściwie wstyd, że dopiero od tak niedawna!). W tytule festiwal Kontynenty, a na zdjęciu zakradł się też Wachlarz. To dlatego, że te dwa tygodnie wcześniej, we Wrocławiu, nie zrobiłam na festiwalu ani jednego zdjęcia, a jednak chciałam o nim wspomnieć, bo już po raz kolejny był jednym z ciekawszych wydarzeń na które zajrzałam. A więc zacznijmy od kilku słów o pierwszym z podróżniczych spotkań:

Wachlarz

Na Wachlarz trafiłam zupełnie przypadkiem rok temu, kiedy to odbywał się w Poznaniu, tuż pod moim nosem. Łączył wtedy naprawdę sporą mieszankę tematów, od opowieści o mroźnych białych krainach, do „lekcji języka polskiego”. Czułam mały chaos, ale i tak było naprawdę inspirująco. Pamiętam, że wieczorem wyszłam z kina Apollo, gdzie odbywał się Wachlarz, z ogromną dawką energii i nowych pomysłów. W tym roku festiwal przeniósł się do Wrocławia, a jako temat przewodni wybrał Nieznane Światy, i choć znów tematy spotkań były przeróżne, to jednak wszystkie idealnie pasowały do głównego hasła. I znów jak rok temu byłam zachwycona, wróciłam z garścią inspiracji i kolejną listą książek do przeczytania. Nie będę opisywać szczegółów, możecie sprawdzić je sami, bo Wachlarz to też świetna organizacja: piękna strona wizualna – tu zerknijcie na filmy od LiveALife, do tego pełni energii prowadzący, i (co jest naprawdę super) wachlarzowy kanał youtube, gdzie można zobaczyć wszystkie wystąpienia (dzięki czemu mój żal, że nie znałam festiwalu wcześniej, jest trochę mniejszy 😉 ).

Dwa tygodnie później, z nadzieją na tak samo dużą garść inspiracji, wyruszyliśmy w stronę Lublina, trasą której jeszcze nigdy nie przemierzaliśmy, właściwie szczęśliwi też, że w końcu zorganizowaliśmy jakąś nieco „dalszą” weekendową wycieczkę.

Lublin

Po dwóch dniach spędzonych w jakimś miejscu trudno o głębsze analizy i rozbudowane opisy, mogę więc tylko opowiedzieć o naszych prostych, pierwszych wrażeniach. Lublin, daleki, nieznany, okazał się dla nas bardzo przyjemnym miastem. Nie za dużym, miejscami eleganckim, z całymi uliczkami kamieniczek, wśród których tak lubimy chodzić, miejscami bardzo zielonym, a czasem też bardzo nowoczesnym. Były też dobre lody, z kolejkami tak długimi jak te w Poznaniu 😉 . Tak naprawdę Lublin okazał się dużo ciekawszy niż się spodziewałam, bo choć z jednej strony przemierzaliśmy kilkukrotnie te same okolice, i tak mieliśmy wrażenie, że jest mnóstwo miejsc w które warto zajrzeć, i że miasto wbrew pozorom ma całkiem żywą, młodą duszę.

img2035img2084img2086img2077 img2080img2087img2076lublin

Festiwal Kontynenty

Bardzo jednak możliwe, że Lublin spodobał się nam tak bardzo dzięki temu, po co tam pojechaliśmy. Przede wszystkim – Festiwal Kontynenty, który ściągnął nas w tę część Polski, odbywał się w Centrum Spotkania Kultur – ogromnym budynku z niesamowitą minimalistyczną architekturą, miejscu do którego zaglądałabym co chwilę, gdybym miała je tu u siebie, w Poznaniu. Przyjechaliśmy przyciągnięci listą gości, i o ile prezentacje były bardzo ciekawe, całe wydarzenie wydawało się raczej małe i kameralne. Miłym akcentem była dostępna wystawa niesamowitych zdjęć Sebastião Salgado, ciekawie brzmiała też lista warsztatów, bardzo żałowaliśmy tylko, że część programu nakładała się na siebie, przez co nie wszystko udało się zobaczyć.

img2092festiwal kontynenty lublin jagielskicentrum spotkania kultur lublin budynekDCI_2641img2090lublin wystawa salgado

Pierwszy dzień (dla nas – bo na ten pierwszy właściwy nie udało nam się dotrzeć) to Anna Jaklewicz z historiami z Chińskiej wsi, Ilona Wiśniewska o północy Norwegii i Piotr Strzeżysz z zachwycającą opowieścią o swoich wyprawach, tak naprawdę idealnie wpasowaliby się też  w temat tegorocznego Wachlarza o nieznanych światach – zajrzyjcie do nich koniecznie! I drugi dzień z wielkimi nazwiskami: Wojciech Jagielski, Hugh Thomson i Paul Theroux. Muszę przyznać, że takich gości w Polsce zupełnie się teraz nie spodziewałam i prawie przegapiłabym cały festiwal.

Nie darowałabym sobie, bo Paul Theroux i jego opowieść o życiu podróżnika, to takie moje spełnienie literackich marzeń. Wszyscy, którzy odwiedzili mnie kiedyś na herbatę i zajrzeli w zbiory książek, widzieli tam jego nazwisko wielokrotnie. Trudno mi opisać, jak wiele te książki dały mi inspiracji i chęci do odkrywania świata, i tym trudniej wyrazić, jak bardzo nie mogłam doczekać się Kontynentów.  Bo to naprawdę niesamowite móc słuchać kogoś, kto tyle przeżył i potrafi tak świetnie zamknąć to w swoich książkach, a do tego ma tak mądre podejście do podróżowania. I każdemu życzę, żeby miał szansę spotkać kogoś, kogo tak bardzo podziwia.

Tyle inspiracji, tyle wrażeń. Festiwal Kontynenty, dziękuję!

paul theroux lublin kontynentyimg2051bpaul theroux podpis spotkanie festiwalpaul theroux podpis książka img2024podwórko lublin noc